Użyteczna miłość do elektrowni atomowych
Kwiecień 19, 2010
Polska Grupa Energetyczna, państwowy koncern, który chce budować elektrownie atomowe w Polsce, uznała, że najlepsze miejsce na pierwszą z nich to Żarnowiec.
Teraz PGE żali się mediom, że grunt w Żarnowcu potrzebny pod tę inwestycję należy do innej firmy. Tak jakby liczyła, że dostanie go za darmo od państwa, aby móc potem dowodzić wyższości ekonomicznej elektrowni atomowych nad odnawialnymi, które muszą słono płacić za dzierżawę ziemi np. pod wiatraki.
W kosztach elektrowni atomowych nie weźmie się też pewnie pod uwagę kosztów państwowych gwarancji kredytowych albo publicznych dotacji, gigantycznych wydatków na sieć przesyłową, którą trzeba będzie zbudować, by jedna i druga atomówka mogła dostarczać prąd odbiorcom. Nie będzie się też brać pod uwagę ich późniejszego, bardzo kosztownego demontażu oraz składowania odpadów radioaktywnych. Naukowcy coraz częściej mówią, że odpady przed umieszczeniem pod ziemią trzeba poddawać tzw. transmutacji, czyli przekształceniu na mniej niebezpieczne izotopy ze względu na ryzyko skażenia wód podziemnych. Owa transmutacja prędzej czy później stanie się powszechnym wymogiem, tak, jak dziś ograniczanie emisji dwutlenku węgla. To zaś pociągnie za sobą olbrzymie koszty.
Problem w tym, że elektrownie atomowe ma budować PGE, firma o tak dominującej pozycji na polskim rynku (wytwarza ponad 40 proc. produkowanej w Polsce energii elektrycznej), że może dyktować ceny. Gdy już wybuduje elektrownie atomowe, będzie mogła w całości wynikłe z tego koszty przerzucić na klientów. Nie obniżając nawet o ułamek procenta swych wyśrubowanych marż, o których świadczą choćby rekordowe ostatnio zyski PGE. Ów koncern konkurencją nie musi się przejmować, bo to rynkowi rywale dostosowuje się do niego, a nie na odwrót.
Czym grozi nam taki stan rzeczy? Dziś PGE, ale i rząd, dużo więcej mówi i robi w związku z energetyką atomową niż odnawialną. To, niestety, może się utrwalić. Gdy PGE zacznie budować elektrownie atomowe na rozwój na dużą skalę elektrowni wykorzystujących źródła odnawialne nie będzie jej już stać. A według mnie to takie elektrownie są dużo lepsze od atomówek i wbrew sceptykom naprawdę mogą być jednym z głównych źródeł energii. Niemcy chcą mieć aż połowę prądu ze źródeł odnawialnych. Brytyjczycy planują produkować w morskich elektrowniach wiatrowych dużo więcej energii elektrycznej niż w jądrowych.
Elektrownie bazujące na źródłach odnawialnych są lepsze od atomówek, bo dużo szybciej można je wybudować, nie trzeba do nich ściągać technologii i paliwa z zagranicy, a przede wszystkim można postawić na małe, lokalne instalacje, zaopatrujące lokalne społeczności i dające im na tym zarabiać. Takie instalacje pozwoliłyby zaoszczędzić na przesyle prądu na duże odległości i budowie infrastruktury.
Cały świat mówi dziś o energetyce rozproszonej. My chcemy koncentrować się na elektrowniach atomowych, które są przedłużeniem dzisiejszego stanu rzeczy: wielkich elektrowni i przesyłania z nich prądu na wielkie odległości. Chyba dlatego, by móc powiedzieć: no jak to nic nie robimy, ażeby ograniczyć emisję CO2, unowocześnić polską energetykę, przecież budujemy reaktory jądrowe.
Takie reaktory z punktu widzenia polityków mają jedną ogromną zaletę: planuje się je i buduje wiele lat, więc wyborcy nie rozliczą z niej aktualnej władzy. Władza przed wyborami powie: rozpoczęliśmy, ale musi potrwać zanim tę elektrownię zobaczycie gotową.
Jacek Krzemiński






„…Naukowcy coraz częściej mówią…”, „…Cały świat mówi…”, „…Niemcy chcą mieć…”, „…Brytyjczycy planują…”
Konkret na konkrecie Panie dziennikarzu. Gratuluję rzetelności.
Co do samych elektrowni mam złe przeczucia z zupełnie innych powodów. Brak jest w polskim rządzie ludzi potrafiących myśleć dalej niż do wyborów i w efekcie pewnie budowa zajmie 2 razy więcej czasu i pieniędzy niż założono.
Panie Jacku Krzemiński, przeczytałem z zastanowieniem (aby nie napisać, zażenowaniem) Pański ,daleki od merytoryczności, artykuł.
Pisze Pan, że PGE jest państwowym koncernem, a 2 linijki niżej „Tak jakby liczyła, że dostanie go za darmo od państwa”.
Rozumiem z powyższego, że państwo (ze swoją państwową firmą) powinno samo od siebie kupić ziemię (gdyby przypadkiem ziemia była w państwowych zasobach), dokonać transferu pieniężnego (już z prywatnego do prywatnego banku, bo te zostały sprywatyzowane), od transakcji uiścić odpowiednie podatki, samo sobie zapłacić wzbogacenie itp. itd. A ilu państwowych urzędników miałoby przy tym zajęcie?
Tym bardziej państwowe firmy powinny DOSTAWAĆ państwowe grunty, aby obniżyć koszty BUDŻETOWYCH inwestycji. Bo w ostatecznym rozrachunku, płacimy za to my – podatnicy. Chociażby w cenie energii elektrycznej.
Ad rem.
Pisze Pan „Gdy już wybuduje (PGE, mój przypis) elektrownie atomowe, będzie mogła w całości wynikłe z tego koszty przerzucić na klientów.” oraz „Gdy PGE zacznie budować elektrownie atomowe na rozwój na dużą skalę elektrowni wykorzystujących źródła odnawialne nie będzie jej już stać”
A nie pomyślał Pan, że PGE chce budować EJ nie z kaprysu, ale bo to się im opłaca?
Skoro PGE tak „zdziera” z klientów swoimi marżami, „dyktuje ceny” (w domyśle zawyża), to co stoi na przeszkodzie aby Pan, Panie redaktorze z energetyki odnawialnej (np. paneli fotowoltaicznych lub wiatraków) zrobił lokalnie konkurencję PGE i oferował prąd za połowę ceny? Wszak mamy wolny rynek. Za niższą cenę tak samo dobrą energię każdy kupi.
Tylko proszę pamiętać, że w nocy i gdy wiatr nie wieje, też będzie musiał Pan zapewnić w sieci 230V i 50Hz przy odpowiednim obciążeniu mocy. Ale to żaden problem dla Pana, wszak napisał Pan „według mnie to takie elektrownie (odnawialne-mój przypis) są dużo lepsze od atomówek i wbrew sceptykom naprawdę mogą być jednym z głównych źródeł energii”.
Prawda niestety jest taka, że prąd ze źródeł odnawialnych jest wielokrotnie droższy od prądu z EJ lub chociażby elektrowni węglowych. A główny zysk elektrowni korzystających z OZE nie pochodzi ze sprzedaży prądu, a ze sprzedaży tzw. zielonych certyfikatów, tj. świadectw pochodzenia energii z OZE. Urząd Regulatora rynku energetycznego wprowadza nakaz produkcji 7% (niedługo 14%) energii z OZE. Jeżeli wytwórca prądu nie posiada własnych instalacji energii odnawialnej, kupuje zielone certyfikaty w ilości 7% własnej produkcji, tym samym spełniając wymóg Regulatora. Jeżeli nie kupi, zapłaci karę. Cena za zielone certyfikaty jest minimalnie niższa od kary nałożonej przez Regulatora.
Gdyby nie ten wymóg produkcji 7% energii z Odnawialnych Źródeł Energii, energetyka odnawialna byłaby ekonomicznie nieuzasadniona. A wymóg Regulatora i w efekcie handel zielonymi certyfikatami, to decyzja polityczna. Decyzja za którą wszyscy płacimy w cenie prądu.
[...] kolejny tekst o elektrowniach atomowych – tak jak poprzedni – wzbudził kontrowersje wśród naszych czytelników. Niektórzy zarzucają mi m.in. kiepski [...]