Prezes PGE straszy droższym prądem
Luty 13, 2010
Tomasz Zadroga, szef największego koncernu elektroenergetycznego w Polsce, postraszył niedawno, udzielając wywiadu Polskiemu Radiu, że przez ochronę środowiska będziemy musieli za kilka lat płacić dużo więcej za prąd. Postraszył na wyrost i niesprawiedliwie.
Prezes PGE miał na myśli unijną politykę ekologiczną, która narzuca elektrowniom limity emisji CO2. Jeśli elektrownie się w nich nie mieszczą, a często tak jest, to muszą kupić uprawnienia do dodatkowej emisji. Emisja dwutlenku węgla, mieszcząca się w limitach jest darmowa, ale za kilka lat to się zmieni. Za sprawą unijnych przepisów darmowe uprawnienia będą się kurczyć, by z czasem elektrownie musiały płacić za całą swą emisję CO2.
Oprócz polityki ekologicznej, prezes Zadroga, strasząc podwyzkami, miał także na myśli wymuszone przez UE zaostrzanie norm emisji dwutlenku siarki i tlenków azotu dla przemysłu i elektrowni. Dwutlenek siarki i tlenki azotu to gazy, które najpowszechniej zanieczyszczają powietrze, są szkodliwe dla ludzkiego zdrowia, powodują kwaśne deszcze, niszczą lasy i rośliny.
Narzekając na te regulacje Tomasz Zadroga, zapomniał wspomnieć o kilku rzeczach. Prąd już i tak szybko drożeje, i to wcale nie przez ekologię, ale z powodu niedostatku prądu i dominującej pozycji wśród wytwórców energii elektrycznej właśnie grupy PGE. Drożałby jeszcze szybciej, gdyby zakusów producentów i dystrybutorów prądu nie powściągał Urząd Regulacji Energetyki, wciąż zatwierdzający stawki za prąd dla gospodarstw domowych. Prezes Zadroga zapomniał także o zasadzie: „zanieczyszczający płaci”, uznawanej za oczywistość w cywilizowanym świecie. Ta zasada w praktyce oznacza, że ktoś, kto truje środowisko, płaci za to kary finansowe, swoistą rekompensatę środowiskową. Wpływy z tego tytułu państwo przeznacza na inwestycje ekologiczne za pośrednictwem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz jego wojewódzkich, powiatowych i gminnych odpowiedników.
Sęk w tym, że kary, które płacą elektrownie węglowe i przemysł w Polsce, wciąż nie są współmierne do szkód wyrządzonych środowisku. I także wciąż zbyt niskie, żeby te zakłady miały wyraźne powody, aby zainwestować w technologie ograniczające emisję szkodliwych substancji. To dlatego właśnie wiele polskich elektrowni, elektrociepłowni i ciepłowni wciąż nie ma instalacji odsiarczania, wychwytujących ze spalin dwutlenek siarki.
Jedyny sposób, żeby elektrownie i fabryki ponosiły pełne koszty wyrządzonych przez siebie szkód w środowisku, to zaostrzanie norm emisji szkodliwych gazów i podnoszenie kar. Dzięki temu wreszcie przestanie się opłacać truć.
Za komuny norm i kar środowiskowych w naszym kraju w zasadzie nie było, przez co przemysł i elektrownie truły nas na potęgę (z tego powodu m.in. wymierały lasy w Górach Izerskich). Normy zaczęto wprowadzać na poważnie dopiero w latach 90. i to podziałało, choć za słabo, by postęp w tej materii był szybki.
Tak naprawdę dopiero wejście Polski do UE, unijne dotacje na ekologię, zachęty do budowy elektrowni bazujących na źródłach odnawialnych, spowodowały, że w kwestii ochrony środowiska zaczęliśmy dźwigać się z poziomu barbarzyństwa do poziomu myślącego o przyszłości świata. Jednak prezes PGE najwyraźniej uważa inaczej. Ja tymczasem mam poważne wątpliwości czy unijne obostrzenia rzeczywiście doprowadzą u nas do drastycznej podwyżki cen prądu.
Po pierwsze – bardzo szybko rozwija się u nas produkcja prądu z „czystych” źródeł odnawialnych, wykorzystujące je elektrownie nie płacą kar za trucie, nie muszą inwestować w to, by nie zanieczyszczać środowiska i emitować mniej CO2.
Po drugie – jedna z elementarnych, sprawdzonych w praktyce, zasad życia gospodarczego nazywa się prawem popytu i podaży. Jak ona zadziała w tym przypadku? Jeśli prąd drastycznie podrożeje, ludzie i firmy zaczną go mniej zużywać (to przerabialiśmy już w zeszłym roku, przyczynił się tego też kryzys). Niewzrastający, ale unormowany popyt zmusi elektrownie, by przestały podwyższać cenę prądu.
Tę prawidłowość widać już w cenie uprawnień do emisji CO2, podlegających w UE rynkowemu obrotowi. Jeszcze niedawno wielu ekspertów straszyło, że ta cena wzrośnie kilkukrotnie. Tak się nie stało, bo producenci energii zaczęli masowo inwestować w odnawialne źródła, dzięki czemu popyt na uprawnienia do emisji CO2 nie wzrósł.
Panie prezesie, zamiast straszyć podwyżkami cen prądu, proszę o bardziej konstruktywne działania, np. o plan budowy trzech tysięcy biogazowni na trzecie tysiąclecie albo coś w tym rodzaju.
A na poważnie: wiem, że PGE zabiera się do tego typu inwestycji i to trzeba pochwalić. Ale postepujecie Państwo w tej dziedzinie bardzo nieśmiało. Ta nieśmiałość dziwi w przypadku tak wielkiej firmy.Wiecej odwagi!
Jacek Krzemiński
- Podyskutuj na






Komentarze
Chcesz skomentować?