Top

Studium błota

Marzec 24, 2009

Niedawno Korporacja Ha!art zorganizowała „minifestiwal Ekopoezji”.  Warszawskie spotkanie odbyło się w planie b. przy Placu Zbawiciela i wyglądało tak:
img_7390-1.JPGDyskusja koncentrowała się na próbie odpowiedzi na pytania: czy istnieje coś takiego jak ekopoezja, a jeśli tak, to czy jest ona potrzebna.

Inicjatywa nam się podobała. Postanowiliśmy więc poszerzyć horyzonty, wziąć udział i zdać relację.

Musimy jednak szczerze przyznać, że jako ludzie twardziej (niestety) stąpający po ziemi, szybko pogubiliśmy się w meandrach ekopoetycznej dysputy. Usłyszeliśmy co prawda to i owo o „relacji między krową, a człowiekiem” oraz zapoznaliśmy się nieco z terminem „Studium błota”, jednak mimo to pozostaliśmy w zawstydzającej niewiedzy i braku obeznania z przedmiotem.

Dlatego zamiast drobiazgowego omówienia „minifestiwalu Ekopoezji”, prezentujemy kilka utworów, które nas poruszyły, a dla uczestników spotkania były inspiracją do rozmowy.

Wiersze wybrał i przeczytał  Adam Wiedemann.

Jure Detela (1951-92)

z tomu „Mapa” (1978)

35.

Niech mnie trawa zaleje! Niech jej zieleń
stanie się absolutnie jednorazowa! Kiedy umrę,
obym wpadł w zieleń! Zielony kolor wzbudza
wyobrażenie powierzchni, w której nie da się
utonąć. Czerwony kolor wskazuje zawsze na coś
twardego, co nie jest już czerwone. Między szarym
a czarnym jest ołów, zmrożony, miękki, pomieszany z wodą.
Tu czuje się smak krwi, lecz jej się nie widzi. (Czerwone
tulipany wskazują na bruzdy.) Tu ruchy mają
ogromny ciężar, toteż są powolne
i mocne. Tu dzieciństwo ginie
jak kryształ, który tak rośnie, że jego
krawędzie przekraczają krawędzie widzenia. Światła są
przeźroczyste jak siarka. Kwiatki, kwiatki. Zoom
to przepiórka, której głos brzmi jak zerwana
struna. Rury to rozrąbane brzuchy
olbrzymów, którzy nagle nie zauważeni
padli na ziemię. A ciągle sobie ich
wyobrażamy, jak przyszpileni do zenitu
spadają, kurcząc nogi i ręce jak wielkie
żelazne pająki. Z damskich butów, które
stąpają asfaltową dróżką w parku, pryska
krew meduz. Pani, która nosi te buty, wraca
przetransformowana, ale w niezmienionym
obuwiu. Teraz jest na jej butach krew
nieco zakrzepła i w zadumanym milczeniu
błyszczy przed siebie. Od czasu do czasu skrzypi
w mózgownicy. Tylko tu się zmieniają
nosicielki butów, bo krew na nich
jest nie do uniknięcia. Ona, właśnie ona
wmusza ten rozum, który nie chce wracać
do swego punktu wyjścia, aczkolwiek
stale myśląc zna tę możliwość, którą
odrzuca, przejmując cudzą agresję. Tak się
przedziera błona obcości. Fala,
na której stoi wszystko, co mam, powoli się zmienia
w maź, w galaretę.

przeł. Adam Wiedemann

z tomu „Srebro i mech” (1983)

17. Wiersz dla jeleni

Jelenie! Czy do mojego wiersza ma wejść
świadomość gwałtu? Jak w ogóle potrafię
zachować wierność pamięci o was,
gdy świat przemienia mi się

w wiadomość o zabijaniu? Dla was jest inaczej.
Jesteście niewinne. Jesteście
atakowane. Zawsze w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Totalnie oddane

uciekającym stadom. Swoje ciała
wystawiacie na strzały, by ochraniać
ucieczkę łań i młodych. Piersią
pełną powietrza stocicie

przed strzelbami. Wtedy jesteście smutne, święte,
dumne. Patrzycie na myśliwych
czystym spojrzeniem. Przyjmujecie śmierć
bez żadnych warunków. Bo wasze

pragnienia są wolne od morderstw. Już tu
na ziemi wasz krok jest
totalnie swobodny, chociaż myśliwi
tropią was bez przerwy. Każda

wiosna was zbawia. Każda pełnia
was zbawia. Każdy parów,
przez który umykacie myśliwym,
was zbawia. Każda gwiazda

was zbawia. Nawet ziemia, na którą upadacie
we krwi, z ołowiem w ciałach,
was zbawia. Jelenie! Śmiertelnym upadkiem
nie dajecie myśliwym rozgrzeszenia

za swoje życie. Myśliwi gardzą
waszą niewinnością. Dlatego
mordują was bez trudu. Jelenie! Jelenie!
Jak mógłbym sprawić,

by to okrucieństwo, obecne
w waszych lasach, ne weszło do wiersza
dla was? Jelenie! Jelenie! Jelenie!
Jaka wypoczęta jest ziemia

pod waszymi racicami! Jaka jest przejrzysta,
pełna powietrza, słoneczna, zielona!
Jak wasze ciała łączą ją
z niebem! Jakie jesteście żywe!

przeł. Katarina Šalamun-Biedrzycka

Bogdan Zalewski (ur. 1965)

Georgiki

Gdy brnę przez GEORGIKI, wergiliańskie wizje
rolniczego regionu, uskrzydlone mrówki wygrzebują się
z pęknięć w wulkanicznym asfalcie parkowej alei.
Tylko owadom bezskrzydłym jak my
równie potężne mogą się śnić drzewa: sekwoje
młodnika, permskie skrzypy lip. W kuli
żywicy zatopiony chłopiec. Wieczny
las pożałował róży swego czasu.

Nie wiem, czy błądziłem drepcząc kilka godzin
za dziewczynką ciągnącą za sobą leniwie
białą stonogę na drewnianych kółkach,
aż cyt! zniknęła w chłodnej sieni i
nie przydała się na nic. Wapienny okruch.
Tarłem oczy, by ujrzeć robaczywy mrok.
Przerażony jak Tomasz, kiedy jego palce
wypłoszyły z rany wszędobylskie owady.
Długie są potem noce w sztolniach strzelistych topól.
A długowłosa głowa kauczukowej lalki
nabita na najwyższą gałąź kasztanowca?
Jak moja śni o świetle soków, które płyną
przez niejasny rysunek asfaltowych alej.

Wiem, że na żyznej ziemi ziarno wyda plon.
Lecz cóż uczyniłem ociemniałej alei
letniego monologu, że korzeń akacjowca
wypycha moje słowa na chodnikowe płyty?
To wariatka starucha pod pstrą parasolką
wprowadza tu sforę psów. Potyka się i czepia
zdrewniałym pazurem prażonego powietrza.
Pamiętam innego psa, jego sierść zmierzwioną
jak cień ogniska targanego wiatrem.
Podrzucał pyskiem złoty kapsel ku uciesze
pijaków i kurew. Trwa palenie pamiątek, wszystkie już zdobyte
twierdze na szeleszczącym stroju Króla Słońce.

Śnieg, rozwłóczone trzewia
wiosną wytrzebionych drzew i przeżute życie
wychodzą wciąż z maszynki do mielenia sensu
zwanej poezją. Żeby choć najprostsze
zadawać pytanie, nie o to, co jest
jak przesunięte w pionie. Piorun ciągle do wewnątrz
strzelistą głosi suszę, światło z podwiniętą
stopą. Przypomina nam o chromym bogu. CZTERY
CZTERY — powtarza, poraża, pożera.

Krzysztof Bieleń (ur. 1967)

z tomu „Wiciokrzew przewiercień” (2009)

Wspólna studnia

Kiedy byłem takim samym chłopcem,
mój ojciec, w trakcie wspólnej kolacji
w tej naszej wspólnej kuchnio-sypialni,
po wspólnie skończonej pracy w polu,
też tak lubił przestać jeść ni stąd, ni zowąd
w pewnym momencie, by spojrzeć na mnie
jakoś tak na wyrost, jakby mnie obok niego
w ogóle nie było (do dziś do końca nie wiem,
czy było to czekanie na coś nadzwyczajnego,
czy zwyczajna przenikliwość). Ale po chwili
wstawał i szedł, a był już czas na sen, czerpać
wodę ze studni starym aluminiowym wiadrem,
by poić bydło – rozcieńczonymi pomyjami,
i konie – wyłącznie czystą i zimną wodą.

Przywidzenia

Tutaj słońce codziennie
wyłania się zza fermy
Berkowiczów; zachodzi
zaś za las Jasiewiczów.
Depczyńscy mieszkali gdzieś
pośrodku tej średnicy;
w samo południe słońce
było więc na wprost tego
domu. Choć przed oczyma
mieli ciągle półokrąg,
okrąg ich nie pociągał.
Machnęli na to ręką,
i bez zbędnych przywidzeń
sprzedali dom wraz z ziemią.

Myśl o opuszczeniu kraju

Zima taka ciepła, jabłka na strychu,
dobre, robaczywe, bez żadnych oprysków,
marszczą się promieniście, stopniowo tracąc
wodę i witaminy; niektóre już nawet trochę
mi podgniły, ale jakże cieszą się wciąż ręce
moje, ilekroć tu przychodzę i segreguję
je popołudniami, a i dnia już regularnie
przybywa z dnia na dzień; ale jeszcze sporo
czasu zostało do równonocy, chwili, w której
Słońce jest ściśle widoczne na równiku
niebieskim, i tyle czasu spędza nad horyzontem,
ile i pod nim. Ilekroć o tym myślę, mam tremę,
a wokół strychu pełnia, jak w wyobraźni.
I jak tu opuścić kraj, który mnie wykarmił?

21 stycznia  2007 r.

Adam Wiedemann (ur. 1967)

z tomu „Pesum” (2007)

Przyroda

1.
wyładowuje swoje złości
na sobie samej. Jak ty to zrobiłeś,
że jesteś czysty, choć tyle musiało
być przy tym papraniny?, wesołe

głosy wróbli radują cię, jakbyś je słyszał
pierwszy raz, jeszcze w wyobraźni, no i kto
ci ją sprezentował, od razu taką dobrą, gotową
do fachowej roboty?

2.
Mocz jak płyn do kąpieli
ściekał w dół wanny. Za nim flegma, uprzednio
wycharkana z płuc, śmignęła w odpływ jak rybka.

I gdzie te czasy, kiedy, młody bóg,
pluskałeś się w strumieniu swojej własnej chwały?
Dziś modlisz się do gwiazd i nawet prysznic nic

tylko przypomina ci firmament
ze średniowiecznej ilustracji. Nawet nie sięgasz
po mydło, bo ci zimno.

3.
Zawsze kiedy
przygotowuję kolację, nie myślę o sobie
ani o tobie, tylko o „tym, który będzie
jadł” – i jaki efekt?

Najtrudniejsza kiełbasa
na najtrudniejszej bułce.

A wszystko to tylko dlatego,
że rzeczy dobre dążą wzajemnie do siebie
i chcą się z sobą łączyć nawet i bez masła.

4.
Wszystko to przypomina ci burdel
z czasów, kiedy myślałeś, że jest to nazwisko artysty,
autora rzeźby pt. „Łucznik” na zdjęciu w radzieckiej
gazecie, którą dostałeś od ojca. „Łucznik” podobał ci się
z wielu względów poza tym jednym: brak cięciwy,
mięśnie napięte, ale bez oporu, oko wpatrzone,
ale w żaden cel, wszystko to przecież tylko pretekst,
żeby cię nieco podniecić, stąd burdel.

5.
Wystarczy znaleźć sobie
miejsce, żeby w nim być, i wystarczy zacząć coś robić,
żeby to robić, w gruncie rzeczy robota
nie wymaga już potem żadnego wysiłku

ani pomysłowości, jest to po prostu czynność,
której ty się „oddajesz”, dajmy na to, w metrze,
próbujesz złożyć do kupy roztrzęsione words,
a czujesz się właściwie, jakbyś srał na ścieżce.

Kraków, 31.10 – 3.11.06

Muza

dla Państwa Gucwińskich

Jak można z puentą czekać aż na koniec wiersza?
W życiu tak nie jest. Puentę mamy już za sobą
i cieszmy się nią, bez żalu, bez rymu, bez wtórności.

Cokolwiek uczynimy, zawsze będziemy do przodu,
z sobą, bez siebie, z małpką Pupi,
która przytuli się do nas symbolicznie, brudnymi rączkami

i futerkiem. Z antylopą, która będzie nam skakać, z tygrysem,
który ją pożre, z lwem, który wystraszy tygrysa,
a jego nic już nie wystraszy, będzie ryczał i ryczał

aż po kres ostatniego, najstraszniejszego ryku.

Kraków, 1.12.06

z tomu „Czyste czyny” (2009)

Z krzywą głową

dla Agaty Czarnackiej

Z krzywą głową nie sposób zostać. Jestem zdjęty –
powiada czas. Z czasem nauczę się rozmawiać, będę

wesoły w momencie wyciszenia i nie potrzebuję się
skupiać, żeby nie widzieć wszystkiego w czarnych barwach.

O szarości powiedziałem już wszystko. O czerwieni
można jedynie wrzeszczeć. Zieleń potrafi rosnąć w oczach
itd. Kolory to moi bracia, i zapachy. Za żaden zapach

nie oddałbym ziarna strawy, wszystkie psy trzymam
na zewnątrz. Kto uczy się od psa, ten ma wyłącznie
piątki. A każdy dzień tygodnia to jakaś historia

z życia Zbawcy. Zbawianie to dzika czynność, jednorazowa,
słuszna, choć krowy przy swoim korycie też czują się
dobrze i na swoim miejscu, przeraża mnie to.

Odejdźmy raczej do piosenki, do lasku pod miastem
i do Francji, do Włoch. I podróżujmy aż po kres

obcasa, na którym też coś leży. Zawsze coś
i my z tym czymś, cudownie.

Warszawa, 28.8.06

Michał Sobol (ur. 1970)

z tomu „Działania i chwile” (2007)

Epoche

Pasikonik usiadł na szybie w nocy przodem do nas
z twarzą czułkami trzema parami nóg jak nasze
zielonkawy odwłok z brzuszkiem uważne spojrzenie

pasikonik usiadł na szybie w nocy przodem do nas
na zewnątrz było ciemno w pokoju paliło się światło
dlatego zobaczył książki jabłka na stole niedopitą herbatę

Gęś

Była połowa lutego, lód znowu trzymał
W szwach, myślałem o dzikim ptactwie wodnym,
Dropiach i bitwach barwnych batalionów.

Dzień był dobry, zamarznięte błota dróg niosły
Daleko w las ślady traktorów, dyskretnie okrążałem
Miejsca nielegalnego wyrębu i gniazda remizów.

- One tkają dla siebie domy z filcu
Z kominkiem, nie czytają Heideggera, wolą bagna
W dorzeczu Wołgi od gór Schwarzwaldu.

Ale gdy wchodzę na twardy blat jeziora,
Spotykam hodowlaną gęś zamkniętą w lodzie,
Niepokojąco bliską i bierną jak parasol.

Miklavž Komelj (ur. 1973)

z tomu „Rosa” (2002)

Arka Noego

Nawet swoje posiłki czuję tylko per similitudinem,
one zaś ciemnym szlakiem wpadają poza świat.
Wnętrze ciała jest poza światem.
Każdy konkretny byt we mnie przywołuje nieskończoność.
Pod stópką, która tyle co przyszła na świat
i nie potrafi chodzić, świat się ugina.
Moja dusza, mój umysł, moje zmysły są łupem erozji.
Ludzi, zwierzęta, rośliny, krajobrazy widzę
w olbrzymiej Arce Noego, nie na świecie.
Tym zaś wołam o potop! Niech erozja przebiega szybciej,
niech mi odbierze siłę, z którą go przywołuję!
Mityczne katastrofy niech stracą wszelki sens, jaki im przypisano!
Niech się poleją ze mnie nieskończone łzy!
* * *

Do świętych zwłok sikorki dostały się osy.
Drgnęły z nagła puszyste piersi bez oddechu.

z tomu „Hipodrom” (2006)

Po tych górach, po Krasie
chodzi samotna puma.

Bez nadziei, bez warunków
do przeżycia, lecz
przecież nie ma ochrony
przed tym, że lecą lata,
przed głodem, przed pożywieniem
i tym, czym jest jej pragnienie,
i tym, czym jest jej myśl,
i przed lekkością tańca.

Po tych górach, po Krasie
chodzi samotna puma.

Z biało wschodzącej Luny
patrzą rozbite gniazda.
Zmieniają się głosy.
Wiatr mamrocząc uciekł.
Kto ją napotkał, jeszcze długo
nie wie, kogo napotkał.
Wiatr zmienionym głosem
nie zdradzi drogi do niej –
jej krok, jej zapach będzie zwiewał
tam, gdzie jej nie ma –
nie odnajdą nikogo, niczego.
Z biało wschodzącej Luny
patrzą szczeliny w ścianach.
Jakie linie w jej rękach,
jaka moc w liniach biegu!

Po tych górach, po Krasie
chodzi samotna puma.

Z nieba widać ją w sidłach,
lecz sidła się rozluźniają,
tak że już nic spoza,
żadna przynależność
do zwierząt ani do ludzi
nie może być wskazówką
ani granicą jej oddania
jej towarzyszom, jej siostrom.

Po tych górach, po Krasie
chodzi samotna puma.


przeł. Adam Wiedemann

Komentarze

Chcesz skomentować?





*

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Bottom