Punkt siedzenia
Marzec 10, 2009
Tym razem nie będzie o ekologii. No prawie.
Wczoraj zobaczyłem coś, co jak nic innego przedtem uświadomiło mi znaczenie powiedzenia, że nie warto wierzyć nikomu po 30. Około północy wracałem Chmielną do domu i po drodze minąłem dwie grupy nastolatków. Jedni i drudzy stali oparci o swoje rowery. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewna drastyczna dysproporcja. Chłopaki z pierwszej grupy stali z rowerami, których siodełka były na wysokości ich kolan. Chłopaki i dziewczyny z drugiej grupy siodełka swoich rowerów mieli niemal pod pachami. Wcale tak bardzo nie przesadzam, bo kiedy na nie wsiedli, ledwie sięgali palcami stóp do pedałów.
Obydwie grupy dzieliło zaledwie sto metrów, ale między nimi widać było wyraźną przepaść. Inne ubrania, inne kolory, inne style, zaryzykuję, że także inne imprezy, inne książki, filmy, a nawet języki.
W tym samym mieście, na tej samej ulicy – dwie kompletnie różne rowerowe subkultury. A ja nie mam bladego pojęcia o żadnej z nich. W życiu nie czułem się jeszcze takim ramolem. Wczoraj zrozumiałem na dobre, że mój punkt widzenia ściśle zależy od punktu siedzenia – czyli rowerowego siodełka na zwyczajnej, ramolskiej wysokości.
Ktoś może powiedzieć, że jak na faceta urodzonego w połowie lat 70., to i tak późno ocknąłem się ze snu o młodości. Z drugiej strony, znam wielu takich, którzy całkiem wygodnie śpią nadal. I szczerze mówiąc, chętnie ponownie do nich dołączę. Dlatego pozwalam sobie na mały apel do młodszych cyklistów – jasne, macie prawo mi nie wierzyć, ale co wam szkodzi wyjaśnić, o co chodzi w za niskich i za wysokich siodełkach… Bardzo chciałbym się dowiedzieć. Będę szczerze zobowiązany.
I na koniec, bo prawie miało nie być o ekologii, muszę wytłumaczyć się z „prawie”. Otóż, mimo że nic a nic nie wiem o wysoko i nisko-siodełkowcach, nie dam nikomu powiedzieć na nich złego słowa. Ich subkultury są cholernie ekologiczne. A w związku z tym cholernie mi się podobają!
Arkadiusz Bartosiak












Komentarze
Chcesz skomentować?