Czas na zielony konserwatyzm
Czerwiec 3, 2008
Polska prawica wciąż lekceważy ekologię i Zielonych. Tymczasem już dawno powinna zwrócić pilną uwagę na poglądy Johna Graya, jednego z najwybitniejszych współczesnych myślicieli konserwatywnych.
Angielski filozof, wykładowca renomowanej London School of Economics, już ponad dekadę temu ukuł pojęcie tzw. zielonego konserwatyzmu. Gray bardzo przekonywająco dowiódł, że idee szeroko pojmowanej prawicy są w wielu miejscach zbieżne z hasłami Zielonych.
Jego zdaniem tym dwóm siłom jest na tyle blisko do siebie, że powinny ze sobą współpracować, a nawet się połączyć. Dopiero bowiem taka symbioza polityczna mogłaby zapobiec klęskom, jakie czekają nas w niedalekiej przyszłości w wyniku pustoszenia środowiska naturalnego i rabunkowego wydobycia surowców.
W Polsce książka, w której John Gray zawarł program zielonego konserwatyzmu ukazała się w 2001 roku pod tytułem „Po liberalizmie: eseje wybrane”. Minęło 7 lat, a wciąż żadna siła polityczna w naszym kraju nie pokusiła się choćby o dyskusję nad koncepcją angielskiego filozofa. Tymczasem europejska prawica zaczyna już wchodzić w sojusze z Zielonymi. A jeszcze kilka lat temu takie alianse były zwyczajnie nie do pomyślenia. Nawet sam Gray twierdził, że współcześni mu konserwatyści są za bardzo przesiąkli neoliberalizmem, żeby poważnie traktować ekologię. Czasy jednak szybko się zmieniają.
Jednym z pierwszych konserwatystów, który – świadomie czy nie – wykorzystał proponowane w „Po liberalizmie” rozwiązania był nie kto inny jak Arnold Schwarzenegger, republikański gubernator Kalifornii. Aktor-polityk od dłuższego czasu jest gorącym orędownikiem ochrony środowiska i w znaczący sposób wspiera rozwój ekologicznych źródeł energii. Dziś podobnie postępujących polityków jest coraz więcej. Na przykład brytyjscy torysi jawnie głoszą, że po przejęciu władzy mają zamiar realizować program zielonego konserwatyzmu. Nawet niemiecka prawicowa CDU właśnie zaczyna wchodzić w pierwsze alianse z Partią Zielonych (na razie na szczeblu samorządowym i regionalnym). Z kolei w ostatnim numerze „Newsweek Polska” Stefan Theil pisze, że podobne koalicje, Zielonych z konserwatystami, tworzą się też w innych europejskich krajach, np. w Irlandii i we Francji.
Polska prawica na razie wyraźnie na tym polu odstaje. Widać to choćby po stosunku PiS i PO do sprawy obwodnicy Augustowa. PiS było za przecięciem doliny Rospudy autostradą, a politycy Platofrmy do dziś boją się lub nie chcą zająć jednoznacznego stanowiska.
Jednak i polska prawica w końcu zacznie brać sobie do serca ideę ochrony środowiska. Po prostu nie ma innego wyjścia. Świat naprawdę stoi w obliczu kryzysu, spowodowanego niedoborem surowców energetycznych, globalnym ociepleniem i niszczeniem środowiska naturalnego. Polscy politycy prawicowi zrobiliby najlepiej, gdyby zmianę swojej postawy poprzedzili zaległą lekturą książki Graya. Nikt dotąd równie przekonująco i pięknie nie zaprezentował idei, w myśl której prawicowy konserwatywny światopogląd i ekologia idą ze sobą w parze. Niestety naszym politykom z prawej strony sceny na razie wciąż bardzo daleko do takiej konstatacji. Na razie w ich głowach pokutują głównie stereotypy – bo przecież „ekolodzy to lewaki”.
Ileż razy słyszałem to powiedzonko: „ekolog jest jak arbuz, z wierzchu zielony, w środku czerwony”. Zawsze wydawało mi się prostackie i prymitywne. Przecież już św. Franciszka, jednego z największych świętych Kościoła katolickiego, instytucji niemal od zawsze stojącej po stronie prawicy, można z powodzeniem nazwać ekologiem.
W pierwszej połowie lat 90. studiowałem nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kwestia ochrony środowiska już wtedy była mi bliska. Zbierałem podpisy przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu i zapory w Czorsztynie, walczyłem z trującym otoczenie tarnobrzeskim „Siarkopolem”, sadziłem drzewa, pisywałem do ekologicznego pisma „Zielone Brygady”, przez jakiś czas należałem do Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, najpoważniejszej wówczas organizacji ekologicznej w Polsce. W tamtych czasach moi koledzy z roku w większości byli ortodoksyjnymi liberałami, zafascynowanymi Januszem Korwinem-Mikke i Unią Polityki Realnej. Taka była wtedy intelektualna moda wśród krakowskich studentów. Gdy zaczynałem mówić z nimi o ekologii, traktowali mnie jak skończonego lewaka i pogrobowca ruchu hipisowskiego. Mało tego, przypisywali prokomunistyczne sympatie, mnie – zajadłemu wtedy antykomuniście.
Większość aktywnych działaczy ekologicznych miała wtedy i ma po dziś dzień lewicowe poglądy. Ci najbardziej radykalni wieszają psy na kapitalizmie, noszą koszulki z Che Guevarą, a czasem – o zgrozo – potrafią zachwycać się Karolem Marksem. To dlatego, jako student, nie umiałem się skutecznie bronić przed przypinaniem mi łatki lewaka. Nauczyłem się tego wiele lat później. W dużej mierze, dzięki lekturze książek Johna Graya. Jego program zielonego konserwatyzmu to, moim zdaniem, najlepszy kierunek jaki Polska mogłaby dziś obrać.
ZBIEŻNOŚCI ŚWIATOPOGLĄDOWE
John Gray, któremu zdecydowanie bliżej do prawicy niż do lewicy, o niechęci środowisk prawicowych do idei ochrony środowiska pisze następująco: „Szczególnie w Ameryce troska o kwestie ekologiczne przedstawiana była jako antykapitalistyczna propaganda pod obcą flagą. W większości krajów Zachodu konserwatyści oskarżali obrońców środowiska o niewłaściwe podejście do nauki, propagowanie apokaliptycznej mentalności i wrogość wobec głównych instytucji społeczeństwa obywatelskiego… Zarówno sami Zieloni, jak i ich konserwatywni krytycy ochoczo przyjmowali pospołu założenie, że socjalizm i ochrona środowiska idą ze sobą w parze”.
Nic bardziej mylnego, dowodzi angielski filozof. To przecież w krajach socjalistycznych i komunistycznych doszło do największej w dziejach dewastacji środowiska naturalnego. Jednym z najbardziej drastycznych przykładów może być radziecki ośrodek atomowy „Majak” w Czelabińsku, w którym odpady nuklearne spuszczano wprost do rzeki.
Autor „Po liberalizmie” postanowił dowieść, że troska o nienaruszalność środowiska nie kłóci się z brytyjskim czy europejskim konserwatyzmem. Co więcej, Gray twierdzi, że wiele idei tradycyjnych konserwatystów idzie w parze z postulatami Zielonych. Na dowód przytacza trzy główne zbieżności światopoglądowe (warto zauważyć, że jednocześnie stoją one w sprzeczności z fundamentalistycznym liberalizmem pokroju UPR).
1.
Edmund Burke, ojciec duchowy konserwatystów, głosił ideę tzw. społecznego kontraktu, która zakładała ciągłość między pokoleniami. W praktyce oznacza to, że powinniśmy czuć się związani i odpowiedzialni za przyszłe ludzkie generacje. Nie trudno zauważyć, że taka sama myśl była inspiracją dla idei zrównoważonego rozwoju, która stała się motywem przewodnim Zielonych na całym świecie. Idei, zakładającej, że powinniśmy zostawić Ziemię następnym pokoleniom w stanie nie gorszym niż ją zastaliśmy. Z tej właśnie koncepcji wzięły się ekologiczne hasła oszczędzania zasobów naturalnych (przede wszystkim surowców), tak, żeby nie zabrakło ich naszym potomkom. Gray pisze: „Gdy rozkwitają filozofie ujmujące świat z perspektywy jednej generacji, więzy między przeszłością a przyszłością słabną, naturalne i ludzkie dziedzictwo jest trwonione, a współcześnie istniejący świat pustoszony. Nowoczesna idea, wedle której każdy żyje tylko raz, a zatem najlepiej zrobimy, jeśli będziemy w pełni korzystać z życia, stanowi popularne ucieleśnienie „jednopokoleniowego” światopoglądu, który znajduje swój wyraz w dużej części myśli liberalnej i socjalistycznej”.
2.
Kolejną koncepcją, która zbliża do siebie Zielonych i konserwatystów oraz odróżnia ich od liberałów jest idea życia wspólnotowego. Dla liberała liczy się tylko jednostka i jej wolność wyboru. Ta wolność wydaje się być, zdaniem Graya, iluzoryczna. Dla ekologa i konserwatysty człowiek jest zależny od środowiska, w którym żyje i to determinuje jego wybory. I to od środowiska (wspólnoty ludzkiej), w którym żyjemy, a nie od indywidualnych wyborów, zależy głównie, jakie wartości przyjmiemy. Konserwatystów cechuje pogląd, że jednostce do rozwoju potrzebne jest życie w prawdziwej wspólnocie (ekolog mógłby ją nazwać społecznym ekosystemem) i między innymi dlatego tradycyjne wspólnoty, szczególnie te małe, lokalne, są dla nich tak ważne. Zieloni nawołują właściwie do tego samego, kiedy afirmują życie nieoderwane od otoczenia. Symbioza ludzi nie może się dokonać bez ich symbiozy ze środowiskiem naturalnym.
3.
Ekologów i konserwatystów łączy także sceptycyzm wobec zmian, przeświadczenie, że nowości są groźne. Konserwatyści, jak pisze Gray, są niechętni wobec idei postępu, nie wypróbowanym nowościom (np. żywności modyfikowanej genetycznie), społecznym eksperymentom. Brytyjski myśliciel tłumaczy: „Zieloni, jak i konserwatyści za roztropną uważają niechęć do ryzyka w sytuacji, gdy nowe praktyki mają ogromne i nieprzewidywalne konsekwencje”. Jako przykład przywołuje właśnie inżynierię genetyczną i inne nowe technologie we współczesnym rolnictwie, w którym zdaniem Graya dochodzi do niezliczonej liczby ingerencji w procesy naturalne. A każda z nich obarczona jest dużych ryzykiem groźnych, nieprzewidzianych następstw.
Czy to jednak przypadkiem nie znaczy, że ekolodzy i konserwatyści są za bezruchem, sprzeciwiają się wszelkim zmianom? Nie. Jedni i drudzy po prostu nie chcą zmian dla samych zmian. Za to chętnie godzą się na takie, które nie zakłócają stabilności życia oraz naturalnego środowiska, czyli mieszczą się w naturze naszego życia i przyrody, ich odwiecznych cykli. Jednocześnie i jedni i drudzy odrzucają mit postępu – niekończącej się poprawy warunków życia i zamożności społeczeństw.
Gray pisze: „Cechą wyróżniającą prosperujące ekosystemy nie jest nigdy wzrost, ale raczej stabilność (zaleta ze swej natury konserwatywna). Jest to prawda uznawana przez wszelkie nurty ekologii, która swój najpiękniejszy wyraz znalazła w przedstawionej przez Jamesa Lovelocka idei Gai – idei, iż życie na Ziemi stanowi jeden organizm, który w taki sposób reguluje funkcjonowanie gatunków i środowisk składających się na owo życie, ażeby utrzymać stabilność całości”.
ZGUBNY MIT WZROSTU GOSPODARCZEGO
W Polsce i na świecie, w kołach ekonomicznych i politycznych, dominuje dziś pogląd, że absolutnym priorytetem jest osiągnięcie wysokiego wzrostu gospodarczego. Według Graya to poważny błąd w rozumowaniu nie tylko o państwie, ale także o świecie jako takim. „Choć likwidowanie niechcianego ubóstwa jest celem szlachetnym, dążenie do maksymalnego wzrostu gospodarczego jest zapewne najbardziej wulgarnym spośród ideałów, jakie kiedykolwiek postawiono przed cierpiącą ludzkością. Mit niekończącego się postępu nie jest mitem, który uszlachetnia i nie powinien stanowić elementu konserwatywnej filozofii” – pisze angielski filozof.
Gray uważa, że śrubowanie skali wzrostu gospodarczego jest „rozprzestrzenianiem choroby bezgranicznych aspiracji, na którą nasz gatunek jest i bez tego zanadto podatny”. Jego zdaniem rządy państw zamiast ścigać się we wzroście gospodarczym powinny skupić się na ochronie pewnych zachowań społecznych, które pozwalają ludziom akceptować swą życiową sytuację, a dzięki temu „żyć i umierać godnie pomimo niedoskonałości swej kondycji”. Dla Graya, celem konserwatywnej polityki powinno być odrodzenie życia we wspólnocie: „W przeciwieństwie do wartości i praktyk politycznych neoliberalizmu, które zmierzają ku dalszemu uszczupleniu owego wspólnotowego życia lub nawet ku jego unicestwieniu, zielony konserwatyzm (…) starałby się tam, gdzie to tylko możliwe, uzdrowić i odnowić życie wspólnotowe”.
Idea postępu jest szkodliwa, bo nie pozwala ludziom zaakceptować faktu, że niepowodzenia i niedostatki, tragedie i nieszczęścia to nieodłączne, nieuniknione elementy ludzkiego życia. Idea postępu sprzyja atmosferze nieustającego braku satysfakcji i w sposób naturalny skłania do chęci posiadania więcej i więcej – coraz więcej mieć i coraz więcej konsumować. Z kolei nadmierna konsumpcja prowadzi do pustoszenia środowiska.
W tym momencie należy się zastanowić, skąd się biorą zaciekłe ataki tradycjonalistów na ekologów, skoro i jedni i drudzy mają tak wiele wspólnego? Zdaniem Graya współcześni konserwatyści odeszli od swych korzeni i ulegli nowoczesnemu humanizmowi, doktrynom neoliberalnym, wywodzącym się z racjonalistycznych idei Oświecenia, które zawierają w sobie właśnie wiarę w postęp. I myśl, że człowiek może z powodzeniem uprawiać społeczną inżynierię, że nauka da mu narzędzia do udoskonalenia społeczeństwa. Jego zdaniem i konserwatyści, i Zieloni, mają wszelkie powody, żeby ten światopogląd odrzucić.
Połączenie idei konserwatywnych i ekologicznych dałoby obydwu środowiskom dużo większą moc oddziaływania niż mają dziś każde z osobna. Konserwatyzm zyskałby aktualną i przekonującą odpowiedź na wyzwania współczesności. A Zieloni w miejsce łatki nawiedzonych „obrońców żabek i ptaszków”, romantycznych utopistów zyskaliby opinię racjonalistów, zatroskanych tak samo o środowisko, jak i wspólnotę ludzką. Dla jednych i drugich angielski filozof zaproponował więc program zielonego konserwatyzmu. Kilka z jego głównych założeń przedstawiam poniżej.
● Przywróćmy pierwotny charakter miastom
Zdaniem Graya zielony konserwatysta powinien w przeciwieństwie do większości ekologów być przeciwnikiem socjalizmu, który nie sprzyja – co pokazała historia – ochronie środowiska. Ale z drugiej strony nie powinien także zakładać, że wolny rynek jest dobry na wszystko. Dla środowiska może być bowiem w wielu przypadkach zgubny.
Weźmy pierwszy przykład z brzegu, jakim jest tworzenie się gigantycznych skupisk ludzkich, nazywanych megamiastami. Niepokój, jaki wśród Zielonych budzi niekontrolowany rozrost wielkich metropolii, znikanie z nich parków i innych przestrzeni publicznych, jest według Graya wyrazem rozsądku. Niepokój ten nie powinien jednak od razu przeradzać się we wrogość wobec miast jako takich. Idealizowanie życia wiejskiego jest bowiem utopią, bo przecież cała ludzkość nie przeniesie się na wieś. Godnym konserwatysty podejściem do tego problemu byłoby nawoływanie, by miasta stały się znowu tym, czym kiedyś: najbardziej przyjaznymi, wygodnymi miejscami do życia – z centralnym placem i innymi przestrzeniami publicznymi, które służą rekreacji i są niezbędne do istnienia życia wspólnotowego.
Odrodzenie europejskiego miasta w jego historycznej postaci mogłoby wymagać, zdaniem Graya, radykalnego ograniczenia używania samochodów. To właśnie tyrania aut najbardziej deformuje i zatruwa współczesne miasta. Jest nie tylko główną przyczyną nadmiernego hałasu i zanieczyszczenia powietrza, ale także wpływa na strukturę urbanistyczną, zamieniając miasto w wielki węzeł komunikacyjny dla samochodów. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że handel w wielkich miastach przenosi się do przypominających dawne ulice centrów handlowych – czyli mini miast w starym stylu.
Współczesne metropolie, ze swymi jednofunkcyjnymi dzielnicami (osiedlami-sypialniami czy biurowymi pustyniami), gettami dla biednych i bogatych, są zdegenerowane i coraz bardziej niewrażliwe na potrzeby mieszkańców. By je naprawić, trzeba przywrócić im pierwotny charakter, tworząc jak najwięcej publicznych przestrzeni, deptaków, parków, rewitalizując centralne place i ograniczając zakusy deweloperów oraz prywatny transport samochodowy. Jeśli chcemy uczynić miasto lepszym miejscem do życia, musimy jak najprężniej rozwijać transport publiczny – metro, tramwaje, autobusy i kolej.
● Panujmy nad populacją, chrońmy tradycyjne rolnictwo
Jeśli przyjmiemy, że ludzkość może rozwijać się bez żadnych ograniczeń, doprowadzimy do ekologicznej katastrofy na globalną skalę. Już teraz ludzi jest za dużo, żeby utrzymać ekologiczną równowagę, czego wyrazem jest choćby pustynnienie wielu obszarów świata, niedobory wody pitnej i żywności w krajach Trzeciego Świata. Wniosek z tego jest jeden – populacja ludzi nie powinna dalej rosnąć w tak zatrważającym tempie.
Już teraz z powodu ograniczeń, jakie nakłada na nas środowisko, w którym żyjemy, kraje rozwijające nie mają szans na osiągnięcie obecnego poziomu zamożności Zachodu. Ten z kolei nie będzie mógł dalej się bogacić, czeka go bowiem trwała stagnacja, a nawet być może długoletnia depresja. Powód takiego stanu rzeczy jest jeden – na świecie żyje zbyt wielu ludzi. Według ekspertyz ONZ gdyby mieszkańcy Chin i Indii osiągnęli ten sam poziom życia i konsumpcji, co ludzie Zachodu, w błyskawicznym tempie zabrakłoby surowców naturalnych.
Dlatego zielony konserwatysta powinien być przeciwny przypisywaniu tak dużego znaczenia wzrostowi gospodarczemu, bezrefleksyjnemu przeszczepianiu zachodnich modeli politycznych i ekonomicznych do krajów Drugiego i Trzeciego Świata. Takie działania powodują często tylko rozkład tradycyjnych kultur (np. pasterskich) i uzależnienie kolejnych krajów od pomocy humanitarnej ze strony reszty świata.
W opinii brytyjskiego filozofa największym zagrożeniem dla środowiska po przeludnieniu jest uprzemysłowienie rolnictwa, które niszczy je dużo bardziej niż urbanizacja. Dążenie do jak największej wydajności w rolnictwie jest podyktowane chęcią zarobku farmerów, ale i koniecznością wyżywienia rosnącej liczby ludzi na świecie. Drugą stroną tego zjawiska jest zubożenie środowiska przez wycinanie lasów pod uprawy i pastwiska, niszczenie naturalnych ekosystemów w wyniku rolniczych melioracji, ogromne zużycie wody, ale przede wszystkim zwiększanie zużycia nawozów i środków ochrony roślin, które są zabójcze dla środowiska i szkodliwe dla człowieka. To przez nie z pól znikają ptaki, a w rzekach giną ryby. Nie wspominając już o tym, że w wielkich, przemysłowych fermach hodowlanych zwierzęta żyją w potwornych, niehumanitarnych warunkach.
Procesowi temu sprzyja, niestety, unijna Wspólna Polityka Rolna, bo w krajach starej UE dotacje dla farmerów zależą od wielkości produkcji, co zachęca do intensyfikacji upraw i hodowli. To zaś eliminuje małe gospodarstwa. Z kolei obowiązujące w całej Unii subwencje eksportowe do żywności, uderzają w rolników z krajów Trzeciego Świata. Oni nie mogą liczyć na tego typu dotacje, przez co są mniej konkurencyjni, mają mniejsze szanse sprzedać za godziwą cenę swoje towary i wyrwać się z nędzy.
Zielony konserwatysta powinien więc domagać się takiej modyfikacji Wspólnej Polityki Rolnej, żeby prowadziła ona do odwrotnego celu: odchodzenia od przemysłowego modelu rolnictwa, od gospodarstw-gigantów na rzecz małych, siłą rzeczy bardziej ekologicznych farm, większą wagę przykładających do „czystości” produkcji, humanitaryzmu hodowli niż wydajności. Dla konserwatysty dodatkowym zyskiem z takiej zmiany byłoby zachowanie tradycyjnych, wiejskich wspólnot, czego nie da się przecenić, choćby dlatego, że jeśli się je rozbije, to większość mieszkańców wsi przeniesie się do przeludnionych miast. Tam, gdzie rolnictwo nie zostało jeszcze na wielką skalę uprzemysłowione i wciąż jest jeszcze tradycyjne (tak, jak w Polsce) trzeba go bronić ze wszystkich sił.
● Reformujmy systemy polityczne
Wielu wojujących ekologów przywiązanych jest do idei anarchizacji życia publicznego. Zadziwiające, że nie są w stanie zrozumieć, że brak norm prawnych i sił gotowych je egzekwować oznacza dla środowiska naturalnego totalną katastrofę. W dzisiejszym świecie tylko nowoczesne państwo narodowe ma narzędzia do tego, żeby wymusić dbałość o ochronę środowiska. Inną sprawą jest to, że często ze swoich możliwości nie korzysta, a nawet samo przyczynia się do niszczenia środowiska. Jedną z głównych tego przyczyn jest centralizacja i biurokratyzm. Dlatego rolą zielonych konserwatystów powinno być zabieganie o to, żeby inicjatywa w kwestiach ekologicznych trafiała częściej do regionów i wspólnot lokalnych, niż na szczebel centralny poszczególnych państw. Nie chodzi jednak o zwiększenie uprawnień lokalnej administracji, ale raczej wzmocnienie regionalnych organizacji pozarządowych.
Reasumując: celem zielonych konserwatystów jest zreformowanie obecnych systemów politycznych i instytucji rynku, a nie ich zniesienie, co marzy się dziś niektórym ekologom.
● Tak dla energii nuklearnej
Według Graya zielony konserwatysta powinien być zwolennikiem elektrowni atomowych, bo te robią mniejsze spustoszenie w środowisku niż spalanie węgla czy ropy. Ponadto są najlepszą alternatywą dla energii z tradycyjnych paliw kopalnych i przykładem na to, że nowe technologie mogą przysłużyć się ochronie środowiska.
EKONOMIA ZASTOJU
John Gray zauważa, że neoliberalizm nie daje na wszystko dobrych rozwiązań, bo „niemożliwy jest dalszy rozwój gospodarczy pojmowany w sposób tradycyjny, tj. niekończący się wzrost produkcji”. Jeśli więc nie koncepcja nieograniczonego postępu, nieskończonego wzrostu, to co w zamian?
Zdaniem klasyka nauk politycznych i ekonomicznych Johna Stuarta Milla: „Wzrost bogactwa nie jest bezgraniczny. Na końcu tego, co określa się stanem postępu, leży stan zastoju i każdy krok przybliża nas do tego stanu”. Mill dowodzi, że stagnacyjny stan gospodarki bardziej sprzyjałby ulepszaniu sztuki życia i rozwojowi kultury umysłowej, bo myśli ludzi nie byłyby tak zaprzątnięte tym, jak skorzystać z nadarzających się licznych przy boomie gospodarczym okazji do wzbogacenia się. Wtedy – jego zdaniem – umiejętności i udoskonalenia gospodarcze zamiast służyć jedynie rozwojowi bogactwa doprowadzałyby do tego, do czego powinny, czyli do skrócenia czasu pracy.
Powołując się na Milla, Gray przyznaje, że ekonomia zastoju, która odpowiada temu, co ekolodzy nazywają zrównoważonym rozwojem, jest być może utopią, ale jednak lepszą niż nieosiągalna wizja niekończącego się wzrostu.
Ta koncepcja – racja, być może utopijna, ale nie bardziej niż idea wiecznego postępu –od kilku lat w dużej mierze kształtuje moje poglądy na temat ekologii i w ogóle współczesnego świata. John Gray w swojej rozprawie prezentuje spójny i atrakcyjny program polityczny, który w społeczeństwach zachodnich zyskuje coraz większą popularność. Mimo dzisiejszego sceptycyzmu autora co do możliwości jego realizacji, o zielonym konserwatyzmie mówią już nie tylko ekolodzy, ale także wspominają o nim zachodni politycy. Dla naszych polityków ekologia najczęściej wciąż jest kwestią zupełnie nie istotną, przeszkadzającą w rozwoju kraju, w budowie dróg i autostrad, fanaberią bogatego Zachodu. Tymczasem powinno być odwrotnie. To my powinniśmy być bardziej czuli na ochronę środowiska, bo z powodu zapóźnienia gospodarczego na ogół mamy więcej fragmentów dzikiej przyrody niż kraje zachodnie.
Jak pokazuje doświadczenie Zachodu, zmiana nastawienia świata polityki do idei ochrony środowiska zaczyna się oddolnie. Najpierw staje się ona ważna dla zwykłych ludzi, a dopiero potem politycy to podchwytują, chcąc utrzymać słupki popularności swych partii na wysokim poziomie. Dlatego wymuszajmy na nich proekologiczne zachowania. Budujmy lokalne wspólnoty, dbające o ochronę środowiska i wspierajmy ekologiczne organizacje pozarządowe. To jest program minimum. Miejmy zarazem nadzieję, że z czasem będziemy mogli wprowadzić do debaty publicznej także ekologiczny program maksimum.
Jacek Mariusz Krzemiński






Komentarze
Chcesz skomentować?