Top

Kary za ekologiczność

Maj 20, 2008

co2-emissions-m.jpgRząd chce przyznać elektrowniom węglowym większe limity emisji dwutlenku węgla niż wcześniej planował. Zrobi to kosztem hut, cementowni i innych zakładów produkcyjnych, które w przeciwieństwie do wytwórców prądu dużo zainwestowały w unowocześnienie produkcji, dzięki czemu zmniejszyły i zużycie energii, i emisje szkodliwych gazów, w tym i CO2.

Jeszcze w latach 90. Polska podpisała protokół z Kioto, zobowiązując się do ograniczenia emisji gazów, odpowiedzialnych za ocieplenie klimatu. Odkąd jednak wstąpiliśmy do Unii, to Komisja Europejska wyznacza nam limity emisji CO2. Na lata 2008-2012 przyznano nam limit o niemal 12,5 proc. mniejszy w stosunku do poprzedniego okresu (2005-2007).

Tymczasem polskie władze argumentowały, że nasz przemysł szybko zwiększa produkcję i by mógł się rozwijać, musi dostać większe uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. Rząd Jarosława Kaczyńskiego postanowił zaszarżować i domagał się limitu w wysokości 284 mln ton. Zamiast zaproponować kompromis i stworzyć pole do negocjacji, PiS postanowił pomachać szabelką i pójść na całość. Jaki był tego skutek, nie trudno się domyślić. Przyznany nam limit wynosi tylko 208,5 mln ton. Ekipa Kaczyńskiego rzecz jasna od razu zaskarżyła przyznaną nam kwotę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, ale szanse na wygraną mamy bardzo niewielkie.

Limit, jaki dostaliśmy, jest oczywiście za mały i polski przemysł będzie musiał dokupić uprawnień do emisji CO2. Ceny kształtują się dziś na poziomie 25 euro za tonę, a potrzeby mamy rzędu kilkudziesięciu milionów ton. Nic dziwnego, że kwestia podziału limitu pomiędzy poszczególne branże i firmy doprowadziła do ostrych sporów.

Co z „limitowym spadkiem” po PiS zrobiły PO i PSL, po objęciu władzy? Zaczęły świetnie. Minister środowiska, prof. Maciej Nowicki, stwierdził, że przy dzieleniu uprawnień do emisji CO2 trzeba premiować te firmy i branże, które w ostatnich latach sporo zrobiły, żeby ograniczyć swą energochłonność i poprawić efektywność, co oznaczało także zmniejszenie ilości wydalanego przez nie dwutlenku węgla (huty zredukowały jego emisję od 1992 roku o 60 proc., a cementownie przez ostatnie parę lat o 25 proc. kosztem 6 mld zł).

Przyzwoite limity zostały więc przyznane szybko modernizującym się hutom i cementowniom. W tej sytuacji elektrownie węglowe, dotychczas w większości przestarzałe i mało efektywne, od lat prawie nie zwiększające wydajności i marnujące gigantyczne ilości energii, podniosły larum. Czuły na ich lamenty okazał się wicepremier Waldemar Pawlak. To przede wszystkim za jego sprawą rząd postanowił przyznać elektrowniom większe limity niż planował minister Nowicki. Efekt jest taki, że – jak donosi „Gazeta Wyborcza” – 5,5 mln ton dozwolonych emisji, trzeba będzie zabrać innym branżom, o których wyżej była już mowa.

Jednym z najważniejszych argumentów, który ponoć przekonał premiera Tuska do takiego rozwiązania było to, że państwowe firmy energetyczne, właściciele elektrowni, mają być częściowo prywatyzowane i dzięki wyższym limitom emisji CO2, ich akcje zostaną drożej sprzedane. To nic innego, jak psucie gospodarki za jednorazowy zysk.

Decyzja w tej sprawie nie jest jeszcze zatwierdzona, ale jeśli tak się stanie, będzie miała wyjątkowo demoralizujący charakter. Bo elektrownie węglowe nadal nie będą widziały powodu, żeby zmienić styl działania. Zamiast tego dalej będą na potęgę trwonić publiczne pieniądze (np. opłacając zbyt hojne przywileje dla kadry kierowniczej). Nadal nie będą skłonne szybko się modernizować (a jest co unowocześniać: dziś z każdej tony węgla „wyciągają” średnio tylko 40 proc. energii w nim zawartej).

Jest jeszcze druga strona tego medalu. Gdy część limitów emisji CO2 odbierze się hutom i cementowniom, spowoduje to wzrost cen stali i cementu, a tym samym zdrożeją planowane w najbliższych latach inwestycje z funduszy unijnych.

Rząd Donalda Tuska na razie odwraca kota ogonem i tłumaczy, że jeśli energetycy nie dostaną większych limitów, to podniosą ceny prądu. Ale oni i tak by je podnieśli, podpierając się argumentem, że muszą inwestować w ograniczanie emisji dwutlenku węgla. Dokładnie tak samo stało się w Niemczech. Czy w rządzie PO i PSL brakuje ekspertów, którzy wytłumaczyliby obydwu premierom, że wspieranie w ten sposób elektrowni węglowych nie będzie miało żadnych pozytywnych skutków? Przecież u nas z pewnością nie unikniemy niemieckiego casusu.

Trawestując piosenkę Kazika, można dziś zaśpiewać pod adresem Waldemara Pawlaka: „Panie Waldku, pan się nie boi, za elektrowniami naród murem nie stoi”.

Mariusz Krzemiński

Komentarze

Chcesz skomentować?





Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Bottom