Nasz tekst w „Przekroju”
Kwiecień 24, 2008
Dlaczego butelkowana woda stała się żywieniowym fenomenem? Czy rzeczywiście nie jesteśmy w stanie się bez niej obyć?
Tekst do przeczytania w „Przekroju”. Teraz dostępny także w naszym serwisie. A na stronach „Wirtualnej Polski” można przeczytać bardzo wiele opinii na jego temat.
WODA NABITA W BUTELKĘJeszcze kilkanaście lat temu dziwiliśmy się, że można kupować zwykłą wodę w butelce. Dziś sami kupujemy miliony litrów opakowanej wody i nie widzimy w tym nic nadzwyczajnego.
Plastikowe butelki z wodą towarzyszą nam na każdym kroku. Nadwerężając kręgosłupy znosimy do domów pełne ich zgrzewki. Niedopite butelki z wodą walają się na siedzeniach i podłodze co drugiego samochodu. Na wszelki wypadek, małe półlitrowe butelki nosimy ze sobą w torbach i plecakach. Nie ma dziś spotkania, konferencji, obiadu bez nieodłącznej butelki z wodą na stole. W każdym kiosku, sklepie, kinie, nawet w księgarniach – wszędzie możemy kupić wodę w plastikowej butelce. Mało tego, zwykle mamy pokaźny wybór, a tym samym problem, na którą wodę się zdecydować. Przecież fachowcy od reklamy skutecznie przekonali nas, że każda smakuje inaczej.
N i e p o w t a r z a l n i e.
O gustach jednak się nie dyskutuje. Za to można powołać się na fakty. W czasie szczytowej popularności francuskiej wody Perrier w Stanach Zjednoczonych, jeden z twórców sukcesu firmy na amerykańskim rynku, Bruce Nevins, podczas radiowego wywiadu na żywo został poproszony o wskazanie, do którego z siedmiu postawionych przed nim kubków z wodą, wlano Perriera. Trafił za piątym razem. O podobny test pokusiła się stacja telewizyjna ABC. Widzów programu „Good Morning America” poproszono o ocenę smaku kilku rodzajów niegazowanej wody stołowej. Niemal połowa biorących udział w tym badaniu wskazała jako najlepszą kranówkę – dokładnie z nowojorskiego wodociągu. Jedna czwarta postawiła na popularną w USA Poland Spring. Woda Evian przypadła do gustu tylko 12 proc. widzów.
Podobnych „testów w ciemno” przeprowadzono całą masę i zawsze ich efekty są podobne. Ludzie nie są w stanie odróżnić jednej wody stołowej od drugiej. A z tego wynika, że decydując się na kupno konkretnej marki, nie kierują się smakiem.
Kiedy obrzydła nam kranówka
W 2006 roku Amerykanie wydali więcej pieniędzy na butelkowaną wodę, niż na bilety do kina. Łącznie 15 miliardów dolarów. Dzięki temu wspaniałemu osiągnięciu udało im się wyrzucić aż 38 miliardów plastikowych butelek o łącznej wartości około miliarda dolarów. Do wyprodukowania takiej ilości plastiku trzeba było zużyć półtora miliona baryłek ropy naftowej (nie licząc paliwa, które pochłonął jej transport). Jak wyliczył dziennikarz biznesowego magazynu „Fast Company”, Charles Fishman, to wystarczająco dużo, żeby napędzać przez rok sto tysięcy samochodów.
Fishman to znany amerykański autor tekstów demaskujących działania wielkich koncernów. Jego debiutancka książka „Wal-Mart Effect”, w której opisał sposoby działania największej na świecie sieci supermarketów, szybko stała się bestsellerem. W zeszłym roku dziennikarz „Fast Company” opublikował obszerny raport na temat rzeczywistych kosztów społecznych i środowiskowych butelkowania wody. Jak to się stało, dopytuje Fishman, że pokolenie wychowane na wodzie kranowej, nagle zaczęło kupować miliardy litrów wody w butelkach, a mało tego uczyć nowe pokolenie strachu przed piciem tej niebutelkowanej? Dlaczego jesteśmy gotowi wydawać majątek na produkt, który wciąż możemy mieć niemal za darmo? Przecież gdyby przeciętny Amerykanin miał zapłacić za każdy zużyty przez siebie litr wody kranowej tyle, co średnio płaci za litr wody butelkowanej, jego miesięczne rachunku za wodę sięgnęłyby 9 tysięcy dolarów – dowodzi Fishman.
W tym miejscu warto zauważyć, że Amerykanie mają bodaj najlepszą kranową wodę na świecie. Spełniającą wysokie standardy sanitarne i przez to bardzo „bezpieczną”. Wydaje się więc, że powinni mieć o wiele mniejsze średnie zapotrzebowanie na butelkowaną wodę niż na przykład Polacy. W porównaniu z ich kranówką, nasza właściwie nie nadaje się do picia. Okazuje się jednak, że popyt na butelkowaną wodę zupełnie nie zależy od podaży wody z miejskich wodociągów o tej samej – a czasem nawet wyższej – jakości.
Do problemu braku renomy polskiej kranówki jeszcze wrócimy, tymczasem postarajmy się sobie przypomnieć, kiedy jako społeczeństwo uznaliśmy butelkowaną wodę stołową za produkt pierwszej potrzeby. Nie trzeba długo się zastanawiać. Odpowiedź jest nadspodziewanie prosta – butelkowaną wodę zaczęliśmy kupować wtedy, kiedy poczuliśmy, że nas na nią stać. Jakość wody kranowej w PRL-u nie była lepsza od tej, którą mamy w kranach dzisiaj, jednak wtedy nikomu nie przychodziło nawet na myśl kupowanie wody stołowej. Owszem, piliśmy butelkowane wody, ale gazowane, lub zdrowotne. Na dobre kranówka obrzydła nam dopiero w latach 90. Czy dlatego, że razem ze zmianą ustroju, zmienił nam się także smak? Bardzo wątpliwe.
W Polsce zadziałały dokładnie te same mechanizmy, które w latach 70. i 80. wypromowały butelkowaną wodę na Zachodzie. Moda narodziła się na starym kontynencie, jednak dopiero za Oceanem, dzięki efektowi skali, rozwinęła skrzydła i zmieniła się w niezwykle dochodowy przemysł.
Woda zamiast Pepsi
Picia butelkowanej wody nauczyli Amerykanów Francuzi. Jeszcze trzydzieści parę lat temu w Stanach Zjednoczonych naprawdę mało kto domyślał się, że butelkowanie zwykłej wody może stać się złotym interesem. Przedstawiciele francuskiej firmy Perrier, sprzedającej mineralną wodę ze źródła znanego ponoć już w czasach rzymskich (w okolicach dzisiejszego Nimes), stawiali pierwsze kroki w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 70. Ameryka była idealnym miejscem do ekspansji, bo już wówczas istniał tam wielki rynek napojów gazowanych. Francuzi zaczęli więc od przekonywania, że zamiast Coli lub Pepsi równie dobrze, a nawet lepiej, jest się napić do obiadu wody z butelki Perrier.
Zastosowano dobrze przemyślaną strategię marketingową. Żeby na trwałe utożsamić markę ze zdrowym trybem życia, Perrier zaczął sponsorować amerykańskie maratony. Następnym celem strategicznym było skojarzenie wody Perrier z celebrities. Francuski produkt reklamował sam Orson Welles. A Andy Warhol butelki Perriera uwiecznił na plakacie. Sukces był ogromny. W 1978 roku sprzedaż sięgnęła 20 milionów dolarów, następnego roku wzrosła do 60 milionów. Wkrótce na amerykańskim rynku pojawił się Evian. Ta firma jako pierwsza zalała USA wodą w plastikowych butelkach. I tak otworzyły się drzwi dla nowej, gigantycznej gałęzi przemysłu. Dzisiaj Amerykanie piją więcej butelkowanej wody, niż kawy, mleka i piwa. Ale nie tylko oni.
Od 1984 do 2005 roku konsumpcja butelkowanej wody na świecie wzrosła aż tysiąckrotnie! I wciąż pnie się w górę. Globalny przemysł butelkujący czystą wodę jest już wielkości połowy globalnego przemysłu produkującego smakowe napoje gazowane. Reklama zrobiła swoje. Woda w butelce okazała się nie tylko zdrowa, ale także trendy. Przede wszystkim jednak okazała się horrendalnie droga. Czy wobec tego można ją uznać za towar luksusowy?
Charles Fishman przekonuje, że jak najbardziej. Na dowód podaje przykład z San Francisco. To miasto czerpie wodę ze źródła w parku narodowym Yosemite. Jej jakość jest tak wysoka, że nie trzeba jej w ogóle filtrować. Mieszkając we Frisco, wystarczy odkręcić kran, żeby napić się wody wyśmienitej jakości. Tymczasem, jak wyliczył amerykański dziennikarz, jedna butelka wody Evian kosztuje tyle, ile jej codzienne jednorazowe napełnianie wodą miejską z wodociągów San Francisco przez… ponad 10 lat.
Miliard ludzi cierpi z pragnienia
Schłodzoną wodę, zapakowaną w małą plastikową butelkę Fishman podnosi do rangi symbolu amerykańskiego handlu. Jeśli dobrze się przypatrzeć, trudno odmówić mu racji. Ogromny przemysł, wsparty na sprytnych mechanizmach promocyjnych, pracuje tylko po to, aby dostarczać ludziom towar, który mają na co dzień pod ręką – i to setki, jeśli nie tysiące razy taniej. Czy w modelu handlu butelkowaną wodą nie odbijają się jak w lustrze wszystkie „grzechy” hedonistycznego konsumpcjonizmu naszych czasów? Dlaczego jednak ograniczać tę ocenę tylko do Ameryki? Handel wodą zapakowaną w butelki ma zasięg globalny. Tak samo jak globalny jest problem dostępności wody dla każdego.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) co szósty mieszkaniec naszej planty cierpi z powodu pragnienia i chorób wywołanych spożywaniem zanieczyszczonej wody. To znaczy, że miliard ludzi ma problem z ugaszeniem pragnienia wodą, spełniającą podstawowe normy czystości. Jedynie 2 procent z nich żyje w Europie, około 30 procent w Afryce i aż ponad 6o procent w Azji. Jaka jest szansa, że butelkowana woda produkowana dla bogatego świata, trafi do naprawdę potrzebujących? Niewielka. Sporadyczne akcje humanitarne nie rozwiążą problemu.
Kiedy inni cierpią z pragnienia, my – ludzie bogatszego świata, wybierając wodę do picia, możemy do woli przebierać i wybrzydzać. Oczywiście można się krzywic na takie porównania, a nawet nazywać je demagogią, nie sposób jednak przejść obojętnie obok jednego faktu. Jeśli tylko mamy ochotę, jesteśmy w stanie bez problemu kupić wodę z dowolnego miejsca w swoim kraju, a nawet w tym samym sklepie znaleźć wodę z kilku naprawdę dalekich miejsc na świecie. Zwykle nie mamy czasu zaprzątać sobie głowy myślą o tym, jak długą drogę musiały przebyć niektóre butelki, żeby trafić do supermarketu w naszej dzielnicy. A szkoda. Bo to, z jakiego źródła pochodzi butelkowana woda, jest naprawdę ważne. Ale wcale nie z powodu różnicy w smaku.
Daleka droga na Fidżi
Najmodniejsza woda w Stanach Zjednoczonych to dzisiaj Fiji Water, reklamująca się hasłem „Untouched by Man” (Nietkniętą przez człowieka). Woda rzeczywiście jest butelkowana na jednej z wysp Fidżi, a jej produkcja sięga około miliona butelek dziennie i trafia głównie na amerykański rynek. W efekcie, Amerykanin z Kaliforni łatwiej może ugasić pragnienie czystą wodą, wypływającą z tropikalnej dżungli na Fidżi, niż mieszkaniec tego kraju. Warto bowiem wiedzieć, że ponad połowa obywateli Fidżi nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej.
Tymczasem najwyraźniej bardziej się opłaca transportować wodę z wysp na dalekiej Oceanii do USA, niż sprzedawać ją na miejscu. Ale to wcale nie jedyna droga, którą muszą pokonać butelki Fiji Water. Bo najpierw puste płyną na Fidżi, a później napełnione wodą dopiero płyną z Fidżi. W swoim raporcie Charles Fishman odkrył jeszcze jedną wstydliwą tajemnicę producenta tej wody. Do butelkowania przez 24 godziny na dobę, potrzeba dostaw prądu przez 24 godziny na dobę. Niestety na wyspach Fidżi jest z tym poważny problem, a fabryka nie może sobie pozwolić na przerwy. Stać ją jednak na samowystarczalność. Kiedy prądu brakuje, włączają się olbrzymie generatory, zasilane… silnikami Diesla, oczywiście na ropę. Ten drobny szczegół nie przeszkadza firmie reklamować swojego produktu jako wody pochodzącej „z miejsca nietkniętego przez człowieka, z samego serca dziewiczego lasu deszczowego, dalekiego od zanieczyszczeń, tysiące mil od najbliższego kontynentu”.
Po publikacji magazynu „Fast Company” kierownictwo Fiji Water wpadło w popłoch. Natychmiast przygotowano kampanię mającą utożsamić markę z ekologią. Silniki spalinowe już w 2009 roku mają zastąpić wiatraki, a ciężarówki rozwożące wodę z Fidżi po Stanach Zjednoczonych będą niedługo jeździły na ekologicznym biopaliwie. Firma zapowiedziała także wymianę butelek i skrzynek na takie, które będą zawierały mniej plastiku. Niesłychane jaką siłę potrafi mieć słowo. Przymuszona czy nie, ważne, że Fiji Water stanie się bardziej ekologiczna. Jednak główny problem wcale nie tkwi w kilku silnikach spalinowych, pracujących w dżungli, ale w odległości. Im dalej trzeba transportować towar, tym większa szkoda dla środowiska, związana tak ze stratami energii, jak i emisją dwutlenku węgla do atmosfery.
Racjonalny z ekonomicznego punktu widzenia przewóz towarów często z ekologicznego punktu widzenia okazuje się całkowicie irracjonalny i bardzo szkodliwy dla środowiska. Oczywiście nie dotyczy to jedynie transportu butelkowanej wody. Ten przypadek jest jednak szczególnie bulwersujący. Przewożenie na dalekie odległości milionów ton produktów, które w 99 procentach nie różnią się między sobą niczym oprócz opakowania i etykiety, jest wyjątkowo nieetyczne. Dlatego stojąc przed regałem z wodą, warto się zastanowić jaką drogę musiały pokonać poszczególne butelki, żeby trafić do naszych rąk.
Plastik czy szkło
Kolejnym problem ekologicznym związanym z butelkowaniem wody i innych napojów są oczywiście same butelki. Dziś w znakomitej większości produkowane z politereftalanu etylenu (PET), materiału, który sam w sobie nie zatruwa środowiska, bo nie emituje żadnych szkodliwych substancji, ale jego produkcja już owszem. Najgorsze jednak jest to, że opakowania PET w błyskawicznym tempie zaśmiecają świat. Plastikowe butelki są jednym z najbardziej kłopotliwych śmieci dzisiejszych czasów. Ale to nie one są wszystkiemu winne. Opakowania PET podlegają w całości procesowi recyklingu. To my zaśmiecamy środowisko, nie butelki.
W Stanach Zjednoczonych zaledwie 23 proc. butelek PET trafia do ponownego przetworzenia. A w Polsce? Optymistycznie szacuje się, że około 17 proc. O wiele lepiej jest w Europie Zachodniej, gdzie śmieci segreguje się na masową skalę, a ponadto wiele butelek PET trafia do ponownego napełnienia. System zwrotnych butelek plastikowych przez pewien czas funkcjonował także w Polsce. Niestety się nie przyjął. Tymczasem w Niemczech większość napojów dostępnych w sklepach można kupić tylko w opakowaniach zwrotnych – szklanych lub plastikowych.
I tu rodzi się pytanie: która butelka jest „bardziej ekologiczna”? Oczywiście każda zwrotna jest o niebo lepsza od jednorazowej, pod warunkiem, że nie zostanie od razu wyrzucona do śmietnika. Plastikowa butelka zwrotna jest jednak pięć razy lżejsza od szklanej o tej samej pojemności, a to oznacza, że do jej transportu trzeba wydatkować o wiele mniej energii. Ponadto butelka PET, jako nietłukąca, ma większe szanse na dłuższe życie niż szklana. Okazuje się więc, że plastikowe opakowania wcale nie muszą być nieekologiczne. Wszystko zależy od sposobu ich wykorzystania.
W Polsce wszystkie opakowania PET są niestety jednorazowe. Co z nimi robić? Po pierwsze i najważniejsze, segregować. Po drugie, obowiązkowo zgniatać przed wyrzuceniem (ci, którzy lubią gadżety, mogą sobie nawet kupić specjalną zgniatarkę). Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba bezwzględnie pamiętać – nigdy nie wolno wyrzucać niezgniecionych i do tego zakręconych pustych butelek! Taki śmieć zajmuje nieproporcjonalnie dużo miejsca do swojej wagi. A opakowania PET są bardzo wytrzymałe (każdy może się łatwo o tym przekonać – wystarczy spróbować zgnieść butelkę pełną powietrza). Stosując się do trzech powyższych prostych reguł, można mieć pewność, że nie przyczyniamy się do zaśmiecania środowiska. Jednak najlepszym sposobem na walkę z problemem butelkowanej wody jest po prostu… jej nie kupowanie.
Bidon i filtr
Na zakończenie wypada rozwiać kilka mitów. Zwykła woda butelkowana wcale nie jest lepsza dla zdrowia niż spełniająca normy sanitarne woda kranowa. Nieprawda, że większość rodzajów wód w butelkach ma więcej minerałów od wody, która płynie w wodociągach – wiele sprzedawanych wód źródlanych zawiera o wiele mniej minerałów, niż kranówka. Przekonanie o tym, że o złej jakości wody z wodociągu świadczy kamień osadzający się w czajniku, jest mitem – miękka woda wcale nie jest zdrowa. Nie warto wierzyć producentom przekonującym, że w ich wodzie nigdy nie ma bakterii. Woda niegazowana nie jest zdrowsza od gazowanej – przeciwnie, w wodzie gazowanej zawsze będzie mniej bakterii, bo zabija je dwutlenek węgla. Popularne wody smakowe nie mają nic wspólnego ze zdrowym trybem życia – są po prostu aromatyzowane. Tymczasem przepisy nie pozwalają na aromatyzowanie prawdziwej wody mineralnej (dobra woda mineralna to taka, która zawiera w jednym litrze co najmniej 50 do 100 mg magnezu i powyżej 150 mg wapnia, przy czym wapnia powinno być co najmniej dwa razy więcej, niż magnezu). Woda mineralna nie powinna mieć wyraźnego smaku. A wody źródlane w ogóle nie różnią się od siebie smakiem – różnią się tylko reklamą.
Mało kto zdaje sobie sprawę, że normy sanitarno-chemiczne dla butelkowanych wód źródlanych są identyczne jak normy każdej innej wody przeznaczonej do spożycia, a więc także tej płynącej prosto z kranu. Tak naprawdę od zwykłej kranówki wyczuwalnie różnią się tylko prawdziwe wody mineralne. Tych jednak na rynku jest mniejszość. Spośród kilku setek wytwarzanych w Polsce wód butelkowanych jedynie około 30 można nazwać mineralnymi. Kupowanie pozostałych tak naprawdę mija się z celem, ponieważ niczym (poza ceną) nie różnią się od zwykłej kranówki. Jednak, aby w tym momencie być w zgodzie z prawdą, należy przyznać, że jakość wody w polskich wodociągach niestety często pozostawia sporo do życzenia.
W świetle obowiązujących przepisów unijnych dotyczących jakości wód powierzchniowych ujmowanych do celów pitnych, Polska praktycznie nie posiada zasobów, które mogłyby być wykorzystywane do tego celu. Nie mamy więc wyjścia i filtrujemy tę wodę, którą możemy zdobyć. W przypadku Warszawy, część jej dzielnic jest zaopatrywana w wodę z Wisły. Według danych Państwowego Instytutu Geologicznego jest to woda pozaklasowa. Dlatego mieszkańcy wielu polskich miast mają dostęp do o wiele lepszej wody, niż warszawiacy. I chociaż stołeczne Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji zapewnia, że woda opuszcza ich stacje uzdatniania praktycznie wolna od bakterii, to i tak „łapie je” w rurach, w drodze do mieszkań.
Wobec takich faktów od razu rodzi się pytanie: jak w tej sytuacji można namawiać ludzi do rezygnacji z kupowania bezpiecznej, butelkowanej wody stołowej? Zwyczajnie. Aby uzdatnić wodę z kranu, wystarczy przepuścić ją przez filtr domowego użytku (o ich rodzajach, wadach i zaletach, wkrótce opublikujemy oddzielny tekst). Dlatego, jeśli chcemy być ekologiczni, rezygnujmy z kupowania wody nabitej w butelkę. Przecież zamiast góry niepotrzebnego plastiku, wystarczy jeden dobry bidon.
Arkadiusz Bartosiak
–
Butelki przyszłości?
Być może doczekamy się kiedyś wymiany wszystkich opakowań PET na PLA, czyli pojemników z polikwasu mlekowego, wytwarzanego na przykład z kukurydzy. New York Times opisał niedawno wytwórcę produktów mlecznych Naturaly Iowa, który jako pierwszy na świecie zaczął sprzedawać swoje towary (mleko i jogurty) wyłącznie w pojemnikach z PLA. Z tej technologii korzystają już (co prawda na razie w niewielkim stopniu) takie sieci handlowe jak Carrefour i Auchan. W przeciwieństwie do tworzyw sztucznych, wytwarzanych z ropy naftowej, PLA ulega biodegradacji. Oczywiście nie jest to biodegradacja ekspresowa, dlatego również dla PLA organizuje się system recyklingowy. Biologicznych tworzyw jest oczywiście więcej – na przykład folie z celulozy. Na razie jednak udział tego rodzaju tworzyw na rynkach europejskich nie przekracza 1 procenta.
Kryształowa woda z Hollywood
Czy za butelkę zwykłej wody można zapłacić ponad sto złotych? Oczywiście. W Ameryce wszystko jest możliwe. Pewien producent z Hollywood postanowił zrobić interes na wypromowaniu nowej marki wody, przeznaczonej dla bogaczy i gwiazd. W tym celu zaprojektował butelkę inkrustowaną prawdziwymi kryształami od Swarovskiego. „Bling h2o” (http://www.blingh2o.com/), czyli „błyszcząca woda” smakiem nie różni się od sprzedawanej w plastikowej butelce „English Mountain” (dwa dolary za sztukę), bo pochodzi dokładnie z tego samego źródła. Różni się jednak wyglądem, no i przede wszystkim ceną. Za pojemność 0,75 trzeba zapłacić około 35 dolarów. Wersje limitowane, na przykład „Tinkerbell” (nazwana tak na cześć psa Paris Hilton), są nieco droższe – zaczynają się od 50 dolarów za butelkę.













moze to dziwne ale ja potrafie odroznic smak mojej ulubionej wody mineralnej od jakiejkolwiek innej. potwierdzone w slepym tescie. pozdrawiam K.
a ja bardzo bym sie chciała dowiedzieć jakie są te prawdziwe wody mineralne,bo pijam takowe ,ale po przeczytaniu tego tekstu nie jestem pewna czy nie piję kranówki
A JA BYM CHCIAŁA SIĘ BARDZO DOWIEDZIEĆ jak nazywaja sie te prawdziwe wody mineralne bo tekst wydał mi sie ciekawy ale szkoda że tak mało dokłądny,tym bardziej ze pijam dużo wody ale teraz nie wiem czy nie jestem nabijana w butelkę
Bardzo dobry tekst. Gratuluje!!!!
Do AGI:
Prawdziwe wody mineralne nazywają się różnie. W tekście nie podaję konkretnych marek, bo byłaby to reklama. Piszę natomiast, jak odróżnić wodę mineralną od źródlanej – „dobra woda mineralna to taka, która zawiera w jednym litrze co najmniej 50 do 100 mg magnezu i powyżej 150 mg wapnia”. Utyskuje Pani, że tekst jest „mało dokładny”. Przepraszam, czy można dokładniej? Na etykiecie każdej butelkowanej wody podany jest skład minerałów. Wystarczy przeczytać…
Pozdrawiam,
Arek Bartosiak
do AB:
dziękuję za odpowiedź,pewnie ma pan racje,ze gdyby pan podał nazwy wód to mozna by pana podejrzewać o prywate,a tak poza tym tekst jest dla mnie szokujacy i utwierdza mnie jeszcze bardziej w przekonaniu ,ze we współczesnym biznesie nie liczy się nic wiecej niz tylko pieniądz,
teraz czekam na artykuł o filtrach ,kiedyś miałam jeden w domu zamontowany przy zlewie,ale sie go pozbyłam choć trochę kosztował(po obejrzeniu programu w tv),chetnie bym cos kupiła ale boję sie ze wygam pieniadze w błoto,i jeszcze dzieci będe truła,
do AGI:
Od jakiegoś czasu przymierzam sie do tekstu o filtrach. Sprawa jest jednak bardzo trudna. Co „ekspert” to inna opinia. Żeby napisać rzetelny tekst, trzeba chyba przeprowadzić profesjonalnie badania porównawcze. A takich możliwości nie mam.
od dzisiaj pije kranowke:) serio! Wiedzialem o tym o czym przeczytalem w tym tekscie ale jakos sie wstydzilem pic kranowki…
Pozdrawiam i dziekuje za tekst:)
do paweł:
Pić kranówkę można tylko po przegotwaniu! Po odkręceniu kurka leci woda z bardzo dużą zawartścią bakterii, którymi możesz się zatruć. Poza tym do kranówki często( w zasadzie zawsze) dodawany jest chlor w stacji uzdatniania. Mimo, że woda spełnia normy to jednak nie polecałbym bez przegotowania (zabicie bakterii) i odstawienia na kilka godzin w celu „odparownia” chloru z wody lub przefiltrowaniu przez filtr (skuteczniejsze).
Pozdrawiam
Świetny artykuł. Zmuszający do zastanowienia się (który to już raz!) na działaniem marketingu i reklamy na nasze decyzje, a co zatem – także całe życie.
Z kranówką jest tak, że niestety najwięcej traci na „starych rurach”, którymi musi dopłynąć do odbiorców. I to jest słaby punkt.
Osobiście piję kranówkę (w Poznaniu) bez oporów. Kiedy wyjeżdżam też, choć wcześniej zasięgam opinii miejscowych, bo są miejsca i kraje, gdzie woda faktycznie jest niedobra w smaku lub można się nabawić problemów żołądkowych, co jest związane nie tyle z jakością wody, co ze specyfiką danego miejsca. Zresztą to samo dotyczy wtedy żywności. Mam tu na myśli np. kraje afrykańskie. Trudno odmówić żywności sprzedawanej na tamtejszych bazarach tego, że jest ona produkowana ekologicznie (cokolwiek miałoby to znaczyć, tak swoją drogą). Jednak spożywanie jej może zaszkodzić wielu Europejczykom (i vice versa). Jednak to nie znaczy, że żywność jest zła, tylko dany organizm został „odhodowany” w innych warunkach.
Co do wypowiedzi Pawła powyżej, to podana tam „metoda” trąci swoistą „schizofrenią”: najpierw gotujemy wodę, by zabić bakterie, a potem odkładamy ją na kilka godzin, żeby chlor „odparował” (sic!). Jednak te kilka godzin, to aż nadto czasu, żeby znów namnożyły się w niej bakterie.