Dość współspalania
Kwiecień 7, 2008
Produkcję prądu z drewna leśnego uznaje się u nas za gałąź energetyki odnawialnej. Ministerstwo Gospodarki chce wreszcie skończyć z tym procederem.
Energetyka alternatywna w Polsce skażona jest poważną patologią. Aż 31 proc. produkowanej w naszym kraju energii odnawialnej, wytwarzają elektrownie węglowe, spalając leśne drwa. Czasem to odpady z tartaków, ale często to dobrej jakości drewno kupowane od Lasów Państwowych, nadające się do produkcji mebli (tak jest w przypadku Elektrowni Połaniec). Lasy Państwowe sprzedają elektrowniom do spalenia rocznie aż pół miliona metrów sześciennych takiego surowca.
Taką formę produkcji energii elektrownie nazywają współspalaniem. Owo określenie wzięło się z tego, że drewniane bale, szczapy, odpady tartaczne i trociny wrzuca się na ogół do kotłów na węgiel. A taki surowiec, nawet jeśli nie nadaje się na meble, chętnie kupują fabryki papieru i wytwórnie płyt drewnopodobnych. Dlatego szkoda go spalać.
Na zdrowy rozum puszczanie drewna z dymem trudno nazwać energetyką odnawialną. Ale przepisy mówią dokładnie co innego. Wykorzystują to elektrownie węglowe i dzięki złemu prawu bezpodstawnie korzystają w pomocy państwa – ściślej, z systemu tak zwanych zielonych certyfikatów.
Od kilku lat polskie zakłady energetyczne mają obowiązek wykazania, że w danym roku zakupiły wymaganą przepisami ilość energii odnawialnej. By tego dowieść potrzebują zielonych certyfikatów, które dostają kupując prąd od producentów, korzystających ze źródeł odnawialnych. Dzięki temu, elektrownie wodne czy wiatrowe dostają za swój prąd ponad dwa razy większą cenę niż węglowe. Ma to służyć rozwojowi energetyki alternatywnej, która wciąż jest droższa od konwencjonalnej.
Szkopuł w tym, że elektrownie węglowe też mogą dostawać zielone certyfikaty, jeśli tylko spalają w swoich piecach drewno. I nie dość, że świetnie na tym zarabiają, to w przeciwieństwie do właścicieli farm wiatrowych i turbin wodnych, nie muszą inwestować w nową infrastrukturę.
Czy można się więc dziwić, że elektrownie węglowe korzystają z tej luki prawnej na masową skalę? Ten proceder doprowadził do nierównej konkurencji na rynku energetyki odnawialnej i nadpodaży zielonych certyfikatów, co z kolei obniżało ich cenę. Skutek jest taki, że mniej opłaca się inwestować w elektrownie alternatywne. To m.in. dlatego mamy ich w Polsce – w porównaniu z krajami zachodniej Europy – wciąż bardzo mało.
Właściciele farm wiatrowych i turbin wodnych wielokrotnie interweniowali w tej sprawie w resorcie gospodarki, który odpowiada za energetykę. I ministerstwo wreszcie postanowiło w tej sprawie coś zrobić. Właśnie szykuje projekt rozporządzenia (nie wiadomo jeszcze, kiedy wejdzie ono w życie), według którego produkcja prądu z leśnego drewna nie będzie mogła być zaliczana do gałęzi energetyki odnawialnej i korzystać z przysługującego jej wsparcia państwa.
Celem tego działania ma być nie tylko ułatwienie życia właścicielom elektrowni wodnych, wiatrowych i biogazowych, ale także rozwój uprawy tzw. roślin energetycznych (np. specjalnych, szybko rosnących gatunków wierzby). Ich plantacji jest w naszym kraju na razie bardzo niewiele, ponieważ elektrownie węglowe zamiast kontraktować zbiory z uprawy roślin energetycznych, wolą kupować drewno leśne. Bo tak jest prościej.
Po wejściu w życie nowych przepisów właściciele elektrowni konwencjonalnych zielone certyfikaty dostaną tylko wówczas, gdy prąd będą produkować z roślin energetycznych. Dlatego projekt nowego prawa nie przypadł im do gustu. Oznacza on bowiem kres łatwych i wcale nie małych zysków. Nic dziwnego, że lobby elektrowni węglowych ze wszystkich sił stara się zablokować spodziewane rozporządzenie rządowe w tej sprawie. Trzeba mieć jednak nadzieję, że resort gospodarki w tej sprawie się nie ugnie.
Bez stworzenia lepszych warunków do rozwoju energetyki alternatywnej, Polska nie spełni wymagań unijnych, wedle których wszystkie kraje UE już w 2010 roku mają produkować co najmniej 10 proc. prądu ze źródeł odnawialnych.
Mariusz Krzemiński






dlaczego nie ma odpisu