Top

„Nie” dla atomu

Kwiecień 1, 2008

Elektrownie jądrowe być może mają sens, ale nie w Polsce. Przynajmniej na razie.

Wywiad z prof. Jackiem Jagielskim, w którym przedstawia on mocne strony energetyki atomowej, przeczytałem z zapartym tchem. Trzeba przyznać, że pan profesor przekonująco i efektownie umie uzasadnić swoje stanowisko. Jego argumenty zdają się powalać swą logiką, mocą i zdrowym rozsądkiem. Jednak takie wrażenie mogą robić tylko na tych, którzy mają na ten temat wątłą wiedzę. Szkopuł bowiem w tym, że prof. Jagielski nie zawsze jest w swej argumentacji rzetelny.

Trudno wymagać, aby naukowiec zajmujący się atomistyką starał się być obiektywny w kwestiach, które go żywo interesują. Prof. Jagielski, podobnie jak inni orędownicy energetyki jądrowej, twierdzący, że w Polsce jak najszybciej powinniśmy na nią postawić, lekceważąco odnosi się do argumentów przeciwników takiego rozwiązania. Przekonuje na przykład, że energetyka odnawialna jest marną alternatywą dla konwencjonalnej, bo nie dostarczy tyle prądu, by zaopatrzyć weń duże miasta czy fabryki. Tymczasem nikt zajmujący się odnawialnymi źródłami energii nie twierdzi, że mogą one w pełni zastąpić „klasyczne” elektrownie. Jacek Jagielski, co prawda przyznaje, że energia odnawialna może uzupełniać zapotrzebowanie na prąd, najwyraźniej jednak nie wie, że moc niemieckich farm wiatrowych to 2/3 mocy wszystkich polskich elektrowni. Tak, to nie pomyłka. O jakim więc „uzupełnianiu” można mówić w tym przypadku?

Ale i na tego typu argumenty profesor zdaje się mieć gotową odpowiedź. Twierdzi, że energetyka odnawialna jest nieopłacalna, a budowanie wiatraków wymaga olbrzymich państwowych dotacji. Pytam wobec tego: a czy budowa elektrowni atomowej może się obyć bez państwowych dotacji? Na całym świecie elektrownie atomowe są wspomagane z budżetów poszczególnych krajów. Na przykład inwestor budowanego właśnie reaktora jądrowego w fińskim Olkiluoto nie dość, że korzysta z preferencyjnych kredytów, to dodatkowo otrzymuje państwowe subwencje. A to jeszcze wcale nie koniec wydatków na ten projekt z fińskiego budżetu. Z kolei władze Stanów Zjednoczonych obiecały niedawno, że pokryją od 25 do 50 proc. kosztów opóźnień w sześciu nowo budowanych elektrowniach atomowych. To bardzo atrakcyjna forma wsparcia, bo poślizgi przy takich inwestycjach zdarzają się notorycznie i pochłaniają setki milionów dolarów. Sam prezes Państwowej Agencji Atomistyki, prof. Jerzy Niewodniczański, w wywiadzie dla „Gazety Prawnej” (27.03.2008 r.) przyznał, że – by mogły powstać w Polsce elektrownie atomowe – potrzebne będą na ten cel preferencyjne, a więc w praktyce dotowane przez państwowy budżet, kredyty.

Wychodzi więc na to, że kiedy nasze wspólne pieniądze miałyby zostać przeznaczone na wspieranie energetyki atomowej, dla prof. Jagielskiego nie byłoby w tym nic dziwnego i zdrożnego, a kiedy z budżetu państwa dotowałoby się wiatraki, to już można by mówić o marnotrawstwie. Tymczasem siłownie jądrowe, dlatego są dotowane, bo to wciąż mało intratny i ryzykowny biznes. O wiele bardziej ryzykowny niż elektrownie korzystające z naturalnych sił przyrody.

Nieprawdą jest też to, że energetyka odnawialna to interes z gruntu nieopłacalny. Otóż powstaje coraz więcej projektów w tej dziedzinie nie wspieranych państwowymi dotacjami. Choćby małe elektrownie wodne w Polsce. Okazuje się, że takie inwestycje zwracają się z nawiązką. I podobnie będzie już wkrótce w przypadku elektrowni wiatrowych, których budowa – dzięki upowszechnieniu i rozwojowi technologii jest realnie coraz tańsza, a prąd coraz droższy. Dlatego są firmy, które już budują wiatraki w naszym kraju, nie oglądając się na państwowe dotacje (choćby japoński Mitsui pod Koszalinem, czy hiszpańska Iberdrola).

Wzniesienie jednego wiatraka o mocy 1 megawata nie kosztuje dziś, tak, jak twierdzi pan profesor, 3,5 mln euro. Tyle kosztowało to dobrych parę lat temu. Dziś cena ustawienia wiatraka w Polsce to 1-1,6 mln euro za 1 MW (oddana rok temu farma wiatrowa w Kamieńsku o mocy 30 MW kosztowała 32 mln euro). Duża różnica, prawda? Dla porównania: wybudowanie elektrowni atomowej w przeliczeniu na jeden megawat to dziś ok. 2 mln euro. Próby udowodnienia, że energetyka odnawialna jest gorsza, mniej ekonomiczna od jądrowej nie mają więc racjonalnych podstaw. Warto też dodać, że za naturalne paliwo – wodę, słońce czy wiatr – płacić nie trzeba, w przeciwieństwie do uranu.

Wreszcie do rzeczowego rozpatrzenia pozostaje kwestia elektrowni węglowych, które wedle pana profesora, ale i wielu innych specjalistów, są dużo gorszym biznesem niż „atomówki”. W mojej opinii akurat w Polsce mądrzej byłoby dalej opierać naszą energetykę na węglu, zamiast rozwijać program energetyki jądrowej i to pomimo problemów z emisją szkodliwych gazów (o czym wspomnę w dalszej części tekstu).

Po pierwsze, nie mamy uranu, a węgla, szczególnie brunatnego, tyle, że starczy go nam, przy obecnym wydobyciu (pozwalającym ponadto sporo eksportować), na co najmniej 100 lat. Nasze złoża węgla brunatnego, który jest dużo tańszy w eksploatacji – bo wydobywany odkrywkowo – niż kamienny, należą do największych na świecie. Tylko nie eksploatowane jeszcze zasoby koło Legnicy zawierają 15 mld ton (obecne roczne wydobycie tego surowca w naszym kraju to 60 mln ton). Utrzymywanie i rozwój kopalni węglowych zapewni nam większą niezależność energetyczną, niż postawienie na importowany uran, który wcale nie musi wystarczyć na 200 lat, jak twierdzi prof. Jagielski. Wystarczy, że jego zużycie szybko będzie rosnąć (a to jest bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę obecny renesans energetyki atomowej na świecie), a ten okres może się wielokrotnie skrócić. Niezależność energetyczna, w dobie szybko rosnących cen nośników energii i coraz częstszego wykorzystywania ich jako broni w walce o wpływy polityczne oraz gospodarcze wcale nie jest pustym hasłem. Warto zwrócić uwagę na to, gdzie elektrowni atomowych powstało szczególnie dużo – w Japonii i we Francji, które mają bardzo niewiele własnych zasobów surowców energetycznych.

Po drugie, wszystko wskazuje na to, że uran będzie drożał szybciej niż węgiel. Od 2005 r. jego cena wzrosła czterokrotnie, mimo, że niemal połowa zużywanego uranu pochodziła nie z wydobycia, ale ze starych, wycofywanych głowic rakiet nuklearnych, głównie rosyjskich. Co będzie, jak tych głowic zabraknie?

Prof. Jagielski utrzymuje, że zużycie prądu w Polsce będzie rosnąć i dlatego budowa elektrowni atomowych staje się u nas nieuchronna. Inni twierdzą wręcz, że bez nich zabraknie nam prądu. Obie tezy są wątpliwe. Polski przemysł do wytworzenia tej samej ilości towarów potrzebuje 2,5 raza więcej energii niż zachodnioeuropejski. Innymi słowy jest znacznie bardziej energochłonny. Mnóstwo energii elektrycznej marnują także gospodarstwa domowe. Prąd jednak gwałtownie drożeje, i to zapewne skłoni wreszcie działające w Polsce firmy, ale i prywatnych odbiorców do oszczędzania energii. Zapewne będziemy szli w ślady Japonii i Danii, w których zużycie energii, mimo wzrostu gospodarczego, pozostawało przez lata na tym samym poziomie.

Ale jeśli konsumpcja prądu będzie u nas stale rosnąć, to i tak lepiej przed niedoborami uchronią nas nowe elektrownie węglowe. Dlatego, że ich budowa trwa dużo krócej, niż atomowych i jest od nich od półtora do dwóch razy tańsza (1-1,5 mln euro za jeden megawat). Węgiel to na tyle pewny biznes, że firmy prywatne bez wahania w niego inwestują i to wcale się nie oglądając na wsparcie państwa. Nowe elektrownie na węgiel brunatny, budowane bez „państwowej kroplówki”, powstają choćby w Niemczech.
Tymczasem inwestorami „atomówek” są na ogół albo koncerny państwowe albo monopoliści, którzy ich wysokie koszty przerzucą na klientów, podwyższając ceny prądu. Jednak największym felerem tych inwestycji jest skomplikowana technologicznie, koszmarnie droga i bardzo czasochłonna budowa (co najmniej cztery lata bez wstępnej fazy przygotowań). Na dodatek zwykle się ona przedłuża. Reaktor w fińskim Olkiluoto ma już dwa lata poślizgu. Na dokładkę, reaktory jądrowe zazwyczaj kosztują dużo drożej niż w pierwotnych założeniach. W Indiach koszt postawienia ostatnich dziesięciu nowych reaktorów był 10 razy wyższy od planowanych wcześniej wydatków na ten cel. Zwolennicy elektrowni atomowych odpierają ten argument stwierdzeniem, że koszt produkcji prądu w elektrowni atomowej jest niższy aniżeli w węglowych. Na ten temat są jednak bardzo różne dane. Wszystko zależy od tego, kto i jak liczy.

Dane o kosztach produkcji prądu, na które powołuje się prof. Jagielski nie dość, że są już nieaktualne, to w dodatku wysnute z wydatków elektrowni na węgiel kamienny, czyli dużo droższych od tych opalanych węglem brunatnym. Poza tym nie uwzględniają gigantycznych kosztów likwidacji siłowni atomowych. Zresztą one na ogół nie są brane pod uwagę przy porównywaniu kosztów w energetyce jądrowej i konwencjonalnej. Brytyjski urząd państwowy, Nuclear Decommissioning Authority, oszacował koszty rozbiórki wszystkich reaktorów jądrowych w tym kraju, na – bagatela – przeszło 70 mld funtów. Likwidacja malutkiej (jej moc zainstalowana to ledwie 70 MW) elektrowni atomowej w Brennilis we Francji pochłonęła dotąd 480 mln euro, a jeszcze nie wszystko zostało zrobione. W USA średni koszt rozbiórki jednego reaktora ocenia się na 300 mln dolarów.

Komisja Europejska podała w styczniu 2007 roku szacunkowe koszty produkcji energii z różnych paliw. Z tych danych wynika, że koszt produkcji energii z węgla jest nieco niższy do kosztu wytwarzania prądu z energii atomowej. I tak będzie też w najbliższej przyszłości. Potwierdza to częściowo studium porównawcze OECD z 2005 r., wskazujące, że w krajach, które mają duże zasoby węgla (np. w USA i Korei Płd.), w najbliższych latach taniej będzie produkować go z tego surowca niż z uranu. Bo choć w tym drugim przypadku o wiele mniej trzeba wydać na paliwo, to więcej na tzw. koszty operacyjne i utrzymanie (droższe systemy bezpieczeństwa!). Gdyby jednak wziąć pod uwagę wydatki na likwidację elektrowni atomowej, to mogłoby się okazać, że „atomówki” produkują prąd jeszcze drożej niż „węglówki”. Na dodatek energetyka atomowa – jak napisałem wyżej – często korzysta z państwowych subsydiów i preferencyjnych kredytów. Gdyby dać je inwestorom elektrowni węglowych mogłoby się okazać, że porównanie ich kosztów wypadłoby jeszcze bardziej na korzyść tych pierwszych.

Kardynalną wadą „węglówek” jest to, że trują. Ale w Polsce obowiązują już surowe w tym względzie normy unijne (w tym roku np. zaostrzone zostały drastycznie krajowe limity emisji odpowiadającego za kwaśne deszcze dwutlenku siarki; podobne obostrzenia mają dotknąć równie szkodliwe tlenki azotu). Pozostają więc setki ton dwutlenku węgla, wyrzucanych przez kominy elektrowni węglowych, a to przecież ten gaz najbardziej – obok metanu – odpowiada za efekt cieplarniany. W reaktorach jądrowych jego emisja jest nieporównanie mniejsza. Rozwiązanie tego problemu są trzy.

Pierwsze – to zwiększanie wydajności bloków na węgiel (te polskie są dziś w większości mało efektywne), tak, żeby z danej ilości paliwa wytworzyć więcej energii niż teraz. Drugie – to zgazowywanie węgla, technologia, nad którą trwają właśnie intensywne prace badawcze. Trzecie – to tzw. elektrownie bezemisyjne, w których CO2 jest w całości wyłapywany i unieszkodliwiany. Pierwsza taka siłownia już powstaje, buduje ją w Schwarze Pumpe w Niemczech szwedzki koncern Vattenfall, który podobne instalacje planuje także w Polsce.

By były opłacalne, elektrownie jądrowe muszą być duże. To z kolei oznacza, że nie wystarczą im lokalni odbiorcy, muszą one przesyłać prąd daleko. Przesył zaś oznacza, szczególnie w Polsce, gdzie sieć jest w marnym stanie, straty energii. Im dalszy, tym większe. Im dalszy, tym większe też ryzyko wyłączeń prądu w okresach największego poboru prądu, co jest następstwem przeciążenia sieci. Dlatego, zdaniem prof. Krzysztofa Żmijewskiego, byłego prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych, zamiast budować wielkie elektrownie atomowe lepiej stawiać na tzw. energetykę rozproszoną, czyli małe, pracujące na lokalne potrzeby bloki, np. na węgiel albo na produkowany na miejscu biogaz.

Główną wadą elektrowni atomowych jest jednak ciągle to, że są one wciąż potencjalnie niebezpieczniejsze od konwencjonalnych i odnawialnych. I to z kilku powodów. Po pierwsze, u ludzi żyjących w pobliżu elektrowni jądrowych, np. koło Sellafield w Wielkiej Brytanii, zaobserwowano dużo większy niż średni poziom zachorowań na nowotwory (przede wszystkim na leukemię, będącej rodzajem raka krwi), mimo, że nie stwierdzono tam podwyższonego promieniowania radioaktywnego. Choć właściciele reaktorów zaprzeczają, by istniał między jednym, a drugim związek, nie można go wykluczyć. Tym bardziej, że naukowcy jeszcze tego zjawiska nie wyjaśnili. Po drugie, nie możemy zapomnieć ani o Czarnobylu, ani o katastrofie w elektrowni na Three Mile Island przed 30 laty. Wprawdzie poziom bezpieczeństwa reaktorów jądrowych w ostatnich dekadach niezwykle się poprawił i ryzyko groźnej dla otoczenia awarii we współcześnie budowanych blokach jest znikome, to jednak wciąż występuje (bo przecież nie wszystkie okoliczności da się przewidzieć). Wystarczy przypomnieć zeszłoroczny incydent w nowoczesnej, największej na świecie elektrowni atomowej w japońskim Kashiwazaki, w której po trzęsieniu ziemi doszło do pożaru i niewielkiego wycieku radioaktywnego. Z tego powodu elektrownię zamknięto.

Równie złą stroną „atomówek” są odpady. Teoretycznie istnieją bezpieczne sposoby ich składowania, ale w praktyce bywa różnie. Należy też przyjąć, że kraje uchodzące dziś za stabilne za jakiś czas mogą przestać nimi być i składowane tam odpady jądrowe, świetnie nadające się do wyprodukowania tzw. brudnej bomby – równie niebezpiecznej, co głowica nuklearna – trafią w niepowołane ręce.

To wszystko nie znaczy jednak, że na „atomie” należy postawić krzyżyk. Profesor Jagielski wspomina, że powstały już prototypy reaktorów, które zamiast uzyskiwać energię z rozszczepiania jąder atomowych będą czerpać ją z ich syntezy. Owa synteza ma tę zaletę, że nie powstają w jej wyniku odpady i nie trzeba do niej używać pierwiastków radioaktywnych. Jestem gorącym zwolennikiem tej metody produkcji energii. I choć nieprędko doczekamy się wprowadzenia tej technologii w życie, to uważam, że bardziej nam się opłaci inwestowanie w jej rozwój, niż budowa elektrowni atomowych starego typu.

Mariusz Krzemiński

Komentarze

32 komentarze do tekstu: “„Nie” dla atomu”

  1. Jacek on Kwiecień 5th, 2008 10:05 am

    No cóż, zostałem wywołany do tablicy. Lubię fakty, więc będę się ich trzymał, oczekując w zamian podobnego podejścia. Po kolei.

    1. Nie wiedziałem, że moc niemieckich farm wiatrowych to 2/3 mocy zainstalowanej polskiej energetyki. OK, przyjmuję te dane. Policzmy więc: Polska produkuje ok. 146 mld kWh rocznie, 2/3 to 97 mld. Pan Krzemiński przemilczał różnicę pomiędzy mocą ZAINSTALOWANĄ a PRODUKOWANĄ. Wiatraki działają około 1/5 czasu (przeliczając na moc zainstalowaną) co daje, szacunkowo oczywiście, niecałe 20 mld kWh rocznie w Niemczech. Kraj ten produkuje rocznie 580 mld kWh energii, a więc z wiatraków pochodzi jakieś 3 – 4 % produkcji. I to jest skala energii pochodzącej z wiatru. Czy to można uznać za „podstawę” energetyki czy tylko za jej „uzupełnienie”. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

    2. Koszty. 3.5 mln euro za megawat energii z wiatraka to koszt jaki usłyszałem w wywiadzie telewizyjnym na początku 2008 roku. Podał go producent wiatraków. Nie mam powodów mu nie wierzyć, w końcu je sprzedaje. Jak się uprzeć to można oczywiście otrzymać rzeczywiste koszty od producenta. Uwzględnijmy do tego różnicę pomiędzy mocą zainstalowaną a rzeczywistą produkcją energii i otrzymujemy, że za megawat realnie produkowany przez wiatrak musimy zapłacić 15 – 16 mln euro. I owszem, za wiatr płacić nie trzeba, ale za eksploatację wiatraka tak i to dużo.

    3. Dofinansowanie ze strony państwa. Myślę, że nawet preferencyjny kredyt obciąża skarb państwa znacznie mniej niż dotacja. Kredyt w końcu się spłaca, dotacji nie.

    4. Koszty elektrowni jądrowej. Teraz to jest około 2000 USD za kW, ale nastepne generacje mają obniżyć ten koszt o połowę. Porównujmy porównywalne: obecne koszty z obecnymi kosztami a prognozy z prognozami.

    5. Uwielbiam stwierdzenia w rodzaju: „Na ten temat (koszty produkcji w elektrowni jądrowej) są jednak bardzo różne dane. Wszystko zależy od tego, kto i jak liczy.” Trawestując prezydenta Clintona; Fakty, …., fakty.

    6. Prawda, że węgla brunatnego mamy dużo. Ale już widać, że produkcja energii z tego surowca nie będzie ograniczona jego zasobami, ale dopuszczalnymi limitami emisji CO2. To trzeba policzyć i okaże się, ile energii możemy pozyskać z tego surowca. Resztę musimy uzyskać z innych źródeł.

    7. Koszty rozbiórki reaktorów. Są wysokie. Ale to na razie prototypowa technologia, w miarę jej upowszechniania koszty te na pewno spadną. Znowu: TO TRZEBA LICZYĆ i już ! I uwzględnić zysk z pozyskania cennych materiałów jak stal kwasoodporna, itd. itp.

    8. Argumentując, że energetyka jądrowa korzysta z dotacji państwowych a węglowa nie pan Krzemiński dramatycznie mija się z prawdą. Słyszał pan o emeryturach górniczych ? O dotacjach do kopalni ? O stratach generowanych przez spółki węglowe ? Policzył pan to ?

    9. Rozmiary elektrowni jądrowych. Dziś to kilka tys MW, jak elektrownia węglowa. Reaktory HTGR IV generacji będą znacznie mniejsze, nawet kilkadziesiąt MW. Da sie takie zrobić.

    10. Fragment o bezpieczeństwie reaktorów jądrowych. Znowu, proszę o fakty a nie o mity. Trzy wypadki w elektrowniach jądrowych, a ile ich było w tym czasie w kopalniach i elektrowniach węglowych ? Stwierdzenie, że elektrownie jądrowe są bardziej niebezpieczne od klasycznych jest czystą bzdurą. Stwierdzenie, że odpady z polskich elektrowni dostaną się w ręce terrorystów jest bzdurą. Wypalone paliwo trafia do dostawcy, najprawdopodobniej byłaby to Cogema we Francji, tam paliwo jest przetwarzane i wraca do kraju gdzie jest składowane. Podejrzewa pan, że w Polsce mamy terrorystów, którzy wyprodukują brudną bombę z izotopów zabetonowanych w beczkach ułożonych w bunkrze zalanym betonem ? Rozkucie tego betonu to miesiące pracy. Widział pan to ? Nie. Zna pan rozporządzenie WE 1334/2000 ? Nie. To dlaczego pisze pan o sprawach, na których pan się nie zna ?

    Podsumowując: nie jestem przeciwnikiem elektrowni wiatrowych, słonecznych, wodnych, biomasy i węgla brunatnego. Jestem zwolennikiem faktów i racjonalnych wyborów. Opartych o wyliczenia kosztów, ocenę istniejących technologii, prognozy ewolucji sytuacji, zasobów, ochrony środowiska itp. itd. Bardzo podoba mi się panel słoneczny na dachu do podgrzewania wody. Czyste powietrze na działce. Lubię też słuchać muzyki z zestawu HiFi (na prąd), nie umiem żyć bez lodówki (na prąd), komputerów (na prąd) i pociągów elektrycznych (też na prąd). I jestem realistą. Dlatego jestem zwolennikiem energetyki jądrowej.

    Jacek Jagielski

  2. Jacek on Kwiecień 5th, 2008 11:21 am

    Już po wysłaniu poprzedniego listu przeczytałem artykuł w Gazecie Wyborczej na temat gwałtownie pogarszającej się sytuacji w polskiej energetyce i grożącym nam wyłączeniom prądu. Polecam ten artykuł http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33207,5090397.html
    jako komentarz co do wątpliwości p. Krzemińskiego czy aby naprawdę potrzeba nam więcej prądu. Na razie jeszcze mam prąd w gniazdku, więc mogę wysłać ten list.

    Pozdrowienia

    Jacek Jagielski

  3. Marek on Kwiecień 26th, 2008 8:02 am

    BRAWO panie (profesorze) Jacku!
    Nie mam teraz zbyt wiele czasu na polemikę, ale powalają mnie argumenty o celowości rozwoju energetyki opartej na spalaniu węgla brunatnego! Zapraszam ekologów na odkrywki po węglu brunatnym! Autor zarzuca nierzetelność argumentów (stronniczość), a sam wprost siedzi w okopie swoich poglądów
    i nie przyjmuje żadnych argumentów polemizujących z jego poglądami.

  4. Barry Kent on Kwiecień 28th, 2008 10:27 pm

    Mnie osobiście do energetyki jądrowej przekonało to, że z jednej grudki uranu można wyprodukować tyle energii, co z 90 wagonów węgla. Potem się ją zakopuje w wyeksploatowanej kopalni i jest spokój – a gazy powstające przy spalaniu węgla zostają w atmosferze. Niestety koszt produkcji energii z atomu już wkrótce będzie wynosił połowę kosztu energii z elektrociepłowni – z tej prostej przyczyny, że UE wprowadziła potwornie maleńkie limity produkcji CO2, który – nota bene – przyczynia się do „efektu cieplarnianego” w bardzo, ale to bardzo znikomym stopniu. Węgiel kamienny może być naszym wielkim bogactwem, ale nie jako źródło energii elektrycznej, lecz jako surowiec do produkcji syntetycznej ropy naftowej. Jeśli cena ropy podskoczy jeszcze troszkę w górę – produkcja paliwa płynnego z węgla stanie się opłacalna.

  5. andrzej on Maj 3rd, 2008 12:09 am

    A kim z wykształcenia jest pan Mariusz Krzemiński, skoro wypowiada się na takie tematy?

  6. Andij on Maj 5th, 2008 11:18 am

    Nie zauważyliście że ten artykuł to prima aprilisowy żart? Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie pisałby takich rzeczy na poważnie :)

  7. Mariusz on Maj 5th, 2008 9:39 pm

    Odkrywka po węglu brunatnym jest mniej niebezpieczna dla środowiska i dla ludzi niż wyeksploatowana elektrownia atomowa, da się ją sensownie zrekultywować, zalewając wodą, czego nie da się powiedzieć o elektrowni atomowej.
    Prądu nam nie zabraknie, jeśli zaczniemy go racjonalniej zużywać, poprawimy efektywność elektrowni konwencjonalnych, rozwiniemy energetykę odnawialną. Wątpiącym polecam artykuł na ten temat w bieżącym numerze Newsweeka Polska autorstwa Stefana Theila pt. „Więcej prądu”.
    Co do wpływu limitów emisji CO2 na koszt produkcji prądu z węgla, nie będzie aż tak duży, jak pisze Barry Kent (mogę dostarczyć dowody).
    Z wykształcenia jestem politologiem, ale Pan Profesor Jagielski nie jest z wykształcenia specjalistą od energetyki odnawialnej, a jakoś nikt na forum nie wytyka mu, że się o niej wypowiada, choć to nie jego specjalność. Poza tym w moim artykule przywołuję argumenty usłyszane też od naukowców, specjalizujących się w energetyce, a jednocześnie krytyków pomysłu budowy elektrowni atomowych w Polsce, np. prof. Jana Popczyka z Politechniki Śląskiej czy prof. Krzysztofa Żmijewskiego z Politechniki Warszawskiej, byłego prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych.
    Tobie Andiju życzę takiego samego szacunku do samego siebie, jaki masz do ludzi o poglądach innych niż Twoje.
    Z pierwszą, obszerniejszą częścią Pańskiej odpowiedzi, Panie Profesorze, już nie polemizuję, bo byłaby to polemika z polemiką do polemiki i moglibyśmy się tak boksować, przerzucając argumentami, aż do śmierci.
    Mimo samych głosów krytycznych cieszę się, że wokół mojego artykułu wywiązała się dyskusja. To utwierdza mnie w przekonaniu, że warto prezentować wszystkie argumenty w tej sprawie, i te za, w wypowiedziach prof. Jagielskiego, i te przeciw, które ja przywołałem. Nawet jeśli te przeciw wywołują wyłącznie wzruszenie ramion.
    Pozdrawiam

    Mariusz Krzemiński

  8. Anonymous on Maj 6th, 2008 11:16 am

    Z tego co słyszałem to w Polsce mamy uran.

  9. maslak on Maj 24th, 2008 7:10 am

    Polecam dla Pana Mariusza poniższa stronę: http://www.peakoil.pl/wiatr.htm
    A na gadanie o „starsznych skutkach” katastrof w Czarnobylu i innych wypadkach proszę: http://www.polityka.pl/polityka/index.jsp?place=Lead02&news_cat_id=35&news_id=176625&layout=1&forum_id=3996&fpage=Threads&page=text

    A polemika na polemikę jest wskazana, niech się Pan podzieli swoimi cennymi uwagami.

  10. Aga on Maj 28th, 2008 11:16 am

    Panie Mariuszu, pisze Pan:
    >>Co do wpływu limitów emisji CO2 na koszt produkcji prądu z węgla, nie będzie aż tak duży, jak pisze Barry Kent (mogę dostarczyć dowody).
    Czy moógłby Pan napisać coś więcej o tych dowodach? Z góry dzięki.

  11. Mariusz on Maj 29th, 2008 10:02 pm

    Zacznę od Agi. Barry Kent pisze, że zbyt małe limity emisji CO2 spowodują, iż prąd z elektrowni węglowych będzie dwa razy droższy niż z atomowych. Teraz ich cena jest zbliżona. Polskim elektrowniom zabraknie limitów na co najwyżej 20 mln ton, dziś za jedną tonę trzeba zapłacić 25 euro, to daje koszt 500 mln euro, czyli 1,7 mld zł. Polskie elektrownie zarabiają dziś na sprzedaży prądu (przy jego obecnej średniej hurtowej cenie 190 zł za megawatogodzinę) z grubsza 30 mld zł rocznie. Co oznacza, że niedobór limitów podniesie cenę prądu z elektrowni węglowych o nieco ponad 5 proc. Więc nie będzie dwa razy droższy od tego z atomu, ale góra o 10 proc. (biorąc pod uwagę prognozy wzrostu ceny limitów emisji CO2).
    A jeśli chodzi o list Maślaka i jego prośbę, żebym dalej dzielił się swoimi uwagami: szczerze mówiąc, nie bardzo widzę w tym sens, bo i tak zdeklarowanych zwolenników energetyki atomowej, którzy przeważają na tym forum, nie przekonam. Napiszę tylko, że USA chcą 20 proc. prądu pozyskiwać z wiatru, a Dania, jeśli mnie pamięć nie myli, już 40 proc. potrzebnej energii elektrycznej ma z farm wiatrowych. I jeszcze jedno, ostatnio Polska Grupa Energetyczna ogłosiła, że chce budować elektrownię jądrową o mocy 1600 MW. Jej koszt oszacowała na 12-14 mld zł, co daje za jeden megawat ponad 7 ml zł, czyli prawie 2 mln euro. W przypadku wiatraków, które Mitsui i Iberdrola budują w Polsce bez dotacji, ten koszt to obecnie 1,5 – 1,8 mln euro. No i nie trzeba płacić za paliwo, a rozbiórka jest dużo prostsza i o wiele tańsza niż elektrowni atomowej.

    Pozdrawiam

    Mariusz
    Pozdrawiam

    Mariusz

  12. Mariusz on Maj 29th, 2008 10:06 pm

    Prostuję jedną pomyłkę w moich obliczeniach: 7 mln zł to oczywiście ponad 2 mln euro, a nie prawie dwa miliony, jak napisałem. Przepraszam za błąd. Gdy liczy się o takiej porze, po całym dniu pracy, to można się tak pomylić.

    Mariusz

  13. Mariusz on Maj 29th, 2008 10:13 pm

    Jeszcze jedno, przepraszam za zamieszanie. W tekście głównym napisałem, że koszt ustawienia w Polsce jednego wiatraka o mocy 1 MW to 1-1,6 mln euro. W dzisiejszym komentarzu, że to 1,5-1,8 mln euro. Nie ma w  tym żadnego przekłamania. 1-,16 mln euro za 1 megawat kosztowały wiatraki, któych budowa niedawno się zakończyła albo kończy. Ostatnio jednak cena turbin wiatrowych, ze względu na gigantyczny popyt na nie, bardzo skoczyła i gdybyśmy chcieli je teraz kupić i budować elektrownię wiatrową, to cena postawienia takiego wiatraka wyniosłaby już dużo więcej, czyli te 1,5-1,8 mln euro za megawat, jak wyżej napisałem.

    Mariusz

  14. Tomasz on Czerwiec 1st, 2008 2:59 pm

    Szanowny Panie Mariuszu,

    Ja też bym wolał, żeby się Pan z nikim nie dzielił swoimi uwagami na temat energii jądrowej. Pisze Pan na przykład, że koszty produkcji prądu, na które powołuje się prof. Jagielski są już nieaktualne. Skoro Pan już wie, że są „nieaktualne” to dlaczego nie napisał Pan co konkretnie się zdezaktualizowało ? Taką uwagą sugeruje Pan, że być może te 1.7 centa/kWh (dokładnie 1.72) z 2005 roku przeistoczyło się w np. 2.7 albo nawet 3.7 centa/kWh w roku 2007. W końcu wielu ludzi słyszało o tym, że ceny uranu wzrosły 10-cio krotnie w ciągu kilku ostatnich lat, więc z łatwością mogą sobie pomyśleć, że elektrownie atomowe w USA znowu produkują droższy prąd od elektrowni węglowych. Mam nadzieję, że nie była to z pańskiej strony świadoma manipulacja. Jeżeli ciekawi Pana ile wynoszą szacunkowe koszty produkcji prądu z EJ w USA za 2007 rok oto one – 1.68 centa/kWh (http://www.spacedaily.com/reports/US_Nuclear_Power_Plants_Set_Record_Highs_For_Electricity_Production_And_Efficiency_In_2007_999.html). Powie Pan zaraz, że „nie uwzględniają gigantycznych kosztów likwidacji siłowni atomowych”. Cóż, według World Nuclear Association koszt rozbiórki EJ to 9 do 15 % kosztu budowy co zgadzałoby się ze wspomnianymi przez Pana 300 mln dolarów. W przeliczeniu na kilowatogodzinę (wg. WNA) daje to 0.1 do 0.2 centa/kWh. Wykonałem kilka obliczeń dla elektrowni o mocy 1500 MWe, 92 % produktywności (średnia w USA z 2007 roku) oraz 60-cio letniemu okresowi eksploatacji i po podzieleniu 300 mln przez liczbę wyprodukowanych kilowatogodzin wyszło mi 0.041 centa/kWh. To musi być ten „gigantyczny koszt”, którego „nie uwzględniają”, bo mogłoby się okazać, że „atomówki” produkują prąd jeszcze drożej niż „węglówki”. Oczywiście, gdyby za wzorcowy koszt rozbiórki przyjąć ten z elektrowni w Brennilis i przeskalować go do 1500 MW przy użyciu metody LNT (którą stosuje się do ekstrapolacji liczby zgonów na skutek promieniowania) to wyszłoby nam 10.3 mld euro czyli 15.5 mld dolarów. Nie ? Tak nie można ? A co Pan sugerował pisząc, że „jej moc zainstalowana to ledwie 70 MW” ? Dobra, zobaczmy co wynika z brytyjskiego programu atomowego – 70 mld funtów dzielone przez 19 „atomówek” daje średnio 3.7 mld funtów czyli 7.4 mld dolarów na każdą elektrownię. 7.4 mld $ dzielone przez 300 mln daje 24 z hakiem. Czy nie wydaje się Panu, że 24-krotny rozrzut wielkości wskazuje fałszywość jednej z wartości (przynajmniej w kontekście minimalnych koniecznych kosztów rozbiórki) ? Zastanowił się Pan chociaż przez chwilę nad tymi liczbami ?

    Wspomniał Pan o „incydencie” w japońskiej elektrowni. Tylko po co ? Uszkodzenia jakie powstały nie miały wpływu na bezpieczeństwo (zero w skali INES). Szkoda też, że nie wspomniał Pan, że nam akurat nie grożą trzęsienia.

    O tym, że odpady radioaktywne są wadą energetyki atomowej wiem doskonale. Nie wiem natomiast czego powinienem się bać na skutek praktyki „teoretycznie bezpiecznych sposobów składowania”. Nie wiem też jakim sposobem nie budowanie w Polsce EJ miałoby powstrzymać niepowołane ręce z przyszłego, niestabilnego kraju (no chyba, że tym krajem miałaby być Polska :).
    A jeżeli chodzi o te brudne bomby to stokroć bardziej wolałbym żeby mi nad głową taka wybuchła niż np. bomba z jakimś wrednym wirusem. Bo ja wiem, że wybuch tej pierwszej mam szansę przeżyć. Wystarczy zrzucić z siebie wierzchnie ubranie, zasłonić usta koszulą, oddalić się od miejsca zdarzenia i najszybciej jak się da wziąć prysznic. Oczywiście, tzw. brudne bomby mogą być bardzo różne, tyle tylko, że te najbardziej niebezpieczne np. ze strontu-90 bardzo trudno zrobić. Wypalonych prętów z elektrowni nie da się tak po prostu ukraść, wyizolowanego z odpadów strontu-90 także (ze względu na jego aktywność). A wysokoaktywnych izotopów nie trzeba koniecznie zakopywać, a jedynie przechowywać w tymczasowych kontrolowanych składowiskach. Bądź co bądź jak można pilnować 10 tys. bomb atomowych to można też pilnować składowiska ze strontem. W każdym razie pańskie porównanie brudnej bomby do bomby atomowej jest poniżej krytyki.

    Jeżeli wydaje się Panu, że pochwalę Pana za ciepłe słowa na temat syntezy termojądrowej to jest Pan w błędzie. Po pierwsze prof. Jagielski nie napisał, że powstały już prototypy takich reaktorów tylko, że powstaną. Że tak się stanie to jest niemal pewne. Nie wiadomo tylko czy reaktory te będą wystarczająco ekonomiczne. Wszystko będzie zależało od tego jak rzadko trzeba będzie wymieniać całe wewnętrzne poszycie reaktora (prawdopodobnie co kilka lat), które musi przyjąć na siebie bezpośrednie promieniowanie neutronowe powstające w czasie syntezy. Promieniowanie to będzie 100 razy intensywniejsze niż w zwykłej EJ a w dodatku neutrony te nie będą ani odrobinę spowolnione. Energia neutronu przy rozpadzie jądra uranu wynosi ok. 1 MeV a w przypadku fuzji ponad 14 MeV. Neutrony te będą niosły energię termiczną rzędu 1500 watów na centymetr kwadratowy. Żeby odprowadzać taką energię ścianki reaktora mogą mieć maksymalnie 2 cm grubości (jeżeli zastosowany materiał gorzej przewodzi ciepło to nawet 1 cm). W ciągu 5 lat neutrony te będą w stanie 100-160 razy przemieścić każdy atom w bombardowanym materiale, powodując jego erozję i odkształcenia. Różne materiały dopiero się testuje i nie wiadomo czy będą w stanie sprostać wymaganiom. Np. włókna węglowe mają bardzo dobrą wytrzymałość termiczną a atomy węgla nie zakłócają reakcji syntezy, niestety bardzo szybko eroduje. Z kolei stopy wolframu są dużo bardziej odporne na erozję neutronową, ale topią się w anormalnych sytuacjach (awaria obiegu chłodziwa). Ponadto atomy wolframu zakłócają proces syntezy a w samym stopie powstają nieporządane prądy elektryczne. Na dzień dzisiejszy opracowano większość wystarczająco wytrzymałych materiałów dla projektu ITER, tyle tylko, że w ITER bombardowanie neutronowe spowoduje jedynie ok. 3 przemieszczeń każdego atomu. Trzeba też sobie zdawać sprawę z tego, że taki reaktor o mocy termicznej 4 GW i przy 50 % sprawności turbiny helowej (bardzo wysokiej) będzie wytwarzał 2 gigawaty mocy elektrycznej, z czego 1 gigawat trzeba zużyć na podtrzymanie pracy reaktora. To nam daje efektywną sprawność na poziomie 25 % i aby ją zwiększyć trzeba budować jeszcze większe reaktory. A to zawsze stwarza problemy (w przeciwieństwie do nich reaktory rozszczepiające mogą mieć moc w zakresie 10 do 2000 MWe co czyni je dużo bardziej elestycznymi). Na domiar złego produkcja trytu(radioaktywnego) jest na tyle powolna, że dopiero około 2100 roku reaktory termojądrowe mogłyby dostarczać 30 % europejskiego prądu i to w sytuacji gdyby wszystko poszło gładko. Pod tym adresem – http://europe.theoildrum.com/node/2164 – znajduje się ciekawy artykuł o fuzji. Obawiam się, że nie był Pan świadomy wszystkich tych okoliczności (w końcu napisał Pan, że do fuzji nie trzeba używać pierwiastków radioaktywnych).

    Pisze Pan też, że nie przekona zdeklarowanych zwolenników energetyki atomowej. Cóż, jak będzie Pan używał argumentów w stylu: „USA chcą 20 proc. prądu pozyskiwać z wiatru” to rzeczywiście się Panu nie uda. To znaczy kto chce ? Ten rząd ? Przyszły rząd ? Organizacje ekologiczne ? Obecne czy przyszłe ? A może lobbyści ? Tylko którzy ? A te 20 % to z obecnych 4150 TWh czy z 10000 TWh za 50 lat ? Wie Pan chociaż w przybliżeniu ile tych wiatraków trzeba zbudować, aby osągnąć taki cel ? Albo gdzie zostaną postawione ? Jaki będzie średni współczynnik produktywności ? A na jakiej zasadzie – z własnym systemem kumulowania energii czy kosztem właścicieli elektrowni gazowych i węglowych ? Ile to wszystko może kosztować ? A ile węgla i gazu trzeba będzie jeszcze spalić zanim uda się opracować i uruchomić system energetyczny, który zastąpi ten oparty na paliwach kopalnych. Bo wie Pan, budowanie wiatraków ma jakiś sens jedynie do momentu zrównania się ich sumarycznej mocy nominalnej z mocą wszystkich elektrowni węglowych i gazowych co umożliwia, teoretycznie, wyłączenie tych ostatnich na okres generowania maksymalnej mocy przez wiatr. Przy 20% współczynniku produktywności maksymalny udział energii wiatrowej może wtedy osiągnąć jedynie 20% produkcji systemu wiatrowo-kopalnego. W takiej sytuacji moc każdej nadmiarowej farmy wiatrowej będzie się marnowała, chyba że jakiś zewnętrzny system energetyczny byłby w stanie to wchłonąć. Ano właśnie. W 2006 roku moc nominalna farm wiatrowych w Danii wynosiła 3136 MWe, a zdołały one wyprodukować 6110 GWh (22% produktywności). Czy to możliwe żeby Dania 40% potrzebnej energii uzyskiwała z wiatru ? Musiałaby wtedy zużywać 15275 GWh, a taka wartość oznacza 1744 MWe zbalansowanej mocy ciągłej. Wynikałoby z tego, że w systemie jest co najmniej (3136-1744=1392) 1392 MWe nadwyżki mocy wiatrowej, która MUSI zostać wyprowadzona do innego systemu energetycznego, albo zmagazynowana. I tak się właśnie składa, że tym magazynem jest Norwegia i Szwecja, które mogą przyjąć do swojej sieci chwilowy nadmiar energii wiatrowej, zmniejszając moc hydroelektrowni albo pompując wodę do zbiorników górnych. W rzeczywistości w 2006 roku Dania wyprodukowała 43349 GWh a wyeksportowała netto 6936 GWh, co dawałoby nam 36413 GWh zużycia, w którym 6110 GWh z wiatru stanowi tylko 16.8%. Więc skąd wziął Pan te 40 %. A tak na marginesie, czym tu się w ogóle zachwycać, przecież Dania to malutki kraj. Nawet Polska wytwarza jakieś 150 tys. GWh. Dobrze, że nie argumentuje Pan przykładem Islandii, która podobno 100% swojej energii czerpie z geotermii – całe 200 megawatów.

    No to jak ? Ustosunkuje się Pan do moich wyliczeń prezentując swoje własne, czy może zasłoni się Pan „polemiką do polemiki” ? Aha. Mała rada. Argumenty typu „że ktoś coś robi więc to musi być dobre” są bezwartościowe. Socjalizm też robiono.

    T.K.

  15. Jacek on Czerwiec 2nd, 2008 5:33 pm

    Kiedy przyjechał do mnie redaktor Więcej Tlenu z propozycją wywiadu miałem nadzieję na zapoczątkowanie ciekawej dyskusji. Ciekawej bo merytorycznej. Chyba taka właśnie się zaczyna. Bardzo chętnie skontaktowałbym się z panem prywatnie, myślę, że bez problemu znajdzie pan mojego maila na stronie ITME albo Świata Nauki. Jest kilka tematów, w których każdy znający się na rzeczy, a jak pan wie, co to jest dpa to do takich pan należy, bardzo by sie przydał. Czekam na kontakt.

    Pozdrowienia

    Jacek Jagielski

  16. Mariusz on Czerwiec 3rd, 2008 10:25 pm

    Szanowny Panie Tomaszu,
    Zaczyna Pan od słów, że wolałby Pan, bym nie dzielił się swoimi uwagami na temat energii jądrowej. A potem mnie Pan wzywa do polemiki. Przyzna Pan, że to i niegrzeczne, i niekonsekwentne. Mniejsza o to.
    Sprawa pierwsza: koszty produkcji prądu. Jestem tylko dziennikarzem, który stara się znaleźć wyglądające na wiarygodne źródła informacji. I potem je przytacza. Nie zawsze jestem w stanie zweryfikować, czy są prawdziwe. Zakładam jednak, że Komisja Europejska, która podaje, że koszt produkcji prądu w elektrowni atomowej jest wyższy niż w węglowej, nie wyssała sobie tego z palca. Być może ten koszt od 2005 r. się nie zmienił, ale faktem pozostaje, że według KE atomówki są droższym źródłem energii. Myślę, że w swojej kalkulacji KE policzyła też koszt kapitału, który był potrzebny do budowy elektrowni (chodzi mi tu o koszt obsługi kredytu zaciągniętego na budowę). Jak wiadomo, elektrownie atomowe są droższe w budowie od innych, co czyni je mniej konkurencyjnymi w okresie eksploatacji, bo takich inwestycji nie realizuje się na ogół bez kredytu.
    Druga sprawa: koszty likwidacji „atomówek”. Tu znowu przytaczam dane za poważnymi instytucjami, to błąd, że ich nie porównałem i nie policzyłem różnicy, bo ten rozrzut jest faktycznie zastanawiający.
    Trzecia sprawa: nawet jeśli awaria w japońskiej elektrowni nie spowodowała niebezpieczeństwa, to nie znaczy, że do takiej niebezpiecznej dla ludzi awarii nigdy już nie dojdzie. Po prostu maszyny tworzone przez ludzi nie są w 100 proc. niezawodne. I tylko to chciałem powiedzieć.
    Sprawa czwarta: odpady i brudne bomby. Ja mam w pamięci Różan i to, co się tam działo. Przyznaję, nie jestem w tych kwestiach specjalistą, ale z niebezpiecznymi odpadami jest zawsze problem i proszę mi nie mówić, że istnieje w 100 proc. bezpieczny sposób ich przechowywania. Bo powtarzam: nic, co stworzone przez człowieka, nie jest doskonałe i w 100 proc. niezawodne.
    A jeśli brudna bomba to dla Pana fraszka, to znaczy, że jest Pan naprawdę odważnym człowiekiem.
    Sprawa piąta: 20 proc. prądu z wiatru to plan administracji George’a Busha. Pewnie w odniesieniu do przyszłego zużycia, które biorąc pod uwagę czekającą USA – moim zdaniem – długotrwałą stagnację, bardzo się nie zwiększy. Prąd zużywa przede wszystkim przemysł, który ze Stanów się wynosi.
    Co do Danii: napisałem, jeśli mnie pamięć nie myli. I jednak mnie myliła: te 40 proc., które zapamiętałem, to pewnie moc zainstalowana, a nie produkcja. Już nie mam siły, żeby to sprawdzać, bo jeśli będę ciągle wracał do tego tekstu, nie napiszę kolejnych.
    Powtarzam: to nie jest tak, że jestem fanatycznym i odpornym na wiedzę przeciwnikiem energetyki jądrowej. Jestem dziennikarzem, który uznał, że w tej sprawie na naszej stronie powinny pojawić się argumenty za i przeciw. Ja opisałem te przeciw, bo nie jestem entuzjastą elektrowni atomowych i uważam, że akurat Polska może jeszcze się bez nich obyć. Wolałbym nawet, żeby prąd importować z Ukrainy, która ma 4 elektrownie atomowe, nadwyżki energii elektrycznej i je eksportuje. Bo tak byłoby prościej, taniej i szybciej.
    Może jeszcze inaczej: „atom” nas nie zbawi, tak, jak nie zbawią nas wiatraki i inne źródła odnawialne. Myślę, że trzeba budować jedne i drugie, choć powtarzam: my z „atomówkami” nie musimy się spieszyć (mamy węgiel i duże potencjalne zasoby biogazu!). Niech wybuduje ją Łukaszenko, tak, jak chce, Rosjanie w Obwodzie Kaliningradzkim, tak, jak chcą. Niech Ukraińcy rozbudują swoje elektrownie atomowe, tak, jak chcą. Skoro oni chcą wziąć na siebie ryzyko tak ryzykownego ekonomicznie przedsięwzięcia, niech je biorą. My naprawdę jeszcze nie musimy tego robić.

  17. Jacek on Czerwiec 4th, 2008 3:53 pm

    Powstrzymywałem się od komentowania wypowiedzi p. Mariusza, ale już naprawdę trudno wytrzymać. Bardzo proszę, żeby podał Pan na jakie dane Pan się powołuje: jestem uczestnikiem Platformy Technologii Jądrowych Unii Europejskiej i, dalibóg, nie są mi znane żadne dane unijne, które wskazują, że elektrownia atomowa jest droższa od węglowej. Bardzo byłbym Panu wdzięczny, gdyby poszerzył Pan moje horyzonty umysłowe i pozwolił zapoznać sie z danymi, które wykazują wyższość elektrowni węglowych nad jądrowymi. Bardzo proszę.
    Druga sprawa: na jakie to „poważne instytucje” powołuje się Pan pisząc o kosztach likwidacji elektrowni jądrowych ? Proszę o konkrety.
    Trzecia sprawa. Ryzyko. Zgadzam się z tym, że nie istnieje stuprocentowe bezpieczeństwo. Dokładniej mówiąc: 100% bezpieczeństwo jest nieracjonalnie drogie. Tym niemniej porównujmy różne, dostępne źródła energii. Pytając wprost: czy dysponuje Pan jakimikolwiek wiarygodnymi danymi wskazującymi, że elektrownia jądrowa jest bardziej niebezpieczna od węglowej ? Jeżeli tak to bardzo proszę o konkrety.
    Czwarta sprawa: Różan. Co ma Pan w pamięci i co tam się działo ? Ja nic nie wiem. Dla niewtajemniczonych: w Różanie jest polskie składowisko odpadów radioaktywnych. Jest to również druga co do poziomu zdrowia mieszkańców gmina w Polsce. To fakt. A co Pan ma w pamięci ? Proszę o konkrety.
    Pozostałe wątki. Jeżeli chce Pan wypowiadać się na jakiś temat to Pana obowiązkiem jest sprawdzenie informacji. Argumentu, że jest Pan zmęczony sprawdzaniem nie kupuję. Jak to mawiał Coluche: „jeżeli jest się aż tak źle poinformowanym przynajmniej wypadałoby zamknąć gębę”. Traktujmy się poważnie poważnymi, udokumentowanymi argumentami. A stwierdzenie, że wolałby Pan żeby elektrownie jądrowe budowali Ukraińcy albo Białorusini to już, znowu w języku Coluche’a „cerise sur un gateau”: ryzyko nieporównywalnie większe a do tego to oni zarobią na prądzie a nie my. Ręce opadają od takich wypowiedzi.

    Jacek

  18. Mariusz on Czerwiec 5th, 2008 9:14 pm

    Panie Profesorze,
    Po pierwsze dane, o których piszę, znalazłem w internecie, ale ich autorem była bezsprzecznie Komisja Europejska. Spisałem je bez zanotowania linku. Postaram się je jeszcze raz znaleźć i wtedy podam dokładne źródło.
    Po drugie jedną z poważnych instytucji, które przywoływałem, pisząc o kosztach rozbiórki elektrowni jądrowych jest brytyjski urząd państwowy Nuclear Decommissioning Authority.
    Po trzecie nie da się wykluczyć, że w którejś z elektrowni atomowych dojdzie do wycieku radioaktywnego. Zaś skażenie radioaktywne jest groźniejsze od emisji szkodliwych gazów (SO2, NOX, itd.) i pyłów emitowanych przez elektrownie węglowe.
    Po czwarte: na przełomie lat 80. i 90. była jakaś poważna afera ze składowiskiem w Różanie. Opisywała to ówczesna prasa, m.in. Sztandar Młodych. Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że chodziło o to m.in., iż wykradano beczki, w których były przechowywane odpady radioaktywne i ludzie kisili sobie w nich kapustę.
    Ale zgodnie z Pańskim życzeniem już się zamykam. Bo lepiej zamilknąć, gdy ma się do czynienia z „naukową pewnością”.

  19. Jacek on Czerwiec 5th, 2008 10:23 pm

    Dobry wieczór
    Dziękuję za informację o NDA. Czy to było źródło danych o nieracjonalności energetyki jądrowej ?
    Co do Różana trochę poszukałem po sieci. Znalazłem ślad po artykule w Gazecie Wyborczej. Polecam komentarze o wiarygodności tego artykułu. http://www.nuclear.pl/neutrony/00/N0004.html Ma Pan coś więcej o „katastrofach w Różanie” ? Czekam.
    A co do skażenia radioaktywnego, które jest groźniejsze od emisji gazów z elektrowni węglowej to niestety, mija się Pan z prawdą. Prawda jest inna: po 100 do 300 latach odpady z elektrowni jądrowej są MNIEJ AKTYWNE niż to, co emituje z siebie elektrownia opalana węglem. No i jest tego naprawdę mało: w sumie odpady z energetyki jądrowej w przeliczeniu na produkcję energii potrzebną dla jednego człowieka przez całe jego życie człowiek ten może zmieścić w jednej dłoni. Ile jest odpadów z elektrowni węglowej nie wiem, ale DUŻO więcej. Naprawdę.

  20. Tomasz on Czerwiec 5th, 2008 10:46 pm

    Szanowny Panie Mariuszu,
    Przepraszam, że poczuł się Pan urażony moimi słowami, to rzeczywiście nie było miłe. Ale też nie było niekonsekwentne. Miałem na myśli dzielenie się fałszywymi lub niespójnymi informacjami, oraz uwagami, które nie uzasadniają lansowanej przez siebie tezy. Do takich właśnie uwag należą: awaria po trzęsieniu w Japonii, nie stuprocentowo bezpieczne składowanie odpadów, Czarnobyl, Three Mile Island, Sellafield. Szczególnie ta ostatnia uwaga jest poniżej pasa – nie stwierdzono podwyższonego promieniowania… ale nie można wykluczyć… Ja też nie mam dowodów, że należy Pan do mafii, ale nie można tego wykluczyć :). Nie uznaje Pan zasady domniemania niewinności ? A poza tym, jak od razu nie znaleziono odbiegających od normy zawartości izotopów promieniotwórczych w organizmach chorych ani poziomów promieniowania większych od spotykanych w różnych częściach świata (a wahają się one od 1.5 do 260 miliremów), to żaden związek z elektrowniami nie zostanie przez naukowców znaleziony.
    Jeśli zaś chodzi o pańskie pozostałe uwagi, to nie mają one związku z Pana tezą jakoby Polska nie musiała się jeszcze spieszyć z „atomówkami”, bo jak sam Pan wyjaśnił, nie sprzeciwia się Pan całkowicie budowaniu takich obiektów, a jedynie twierdzi, że dla Polski jest to na dzień dzisiejszy nieopłacalne. Ja osobiście nie podejmuję się takiej oceny, bo najpierw musiałbym wiedzieć, z którą technologią spalania węgla mam dokonywać porównań. Musiałbym wiedzieć jakie, ile, i za jaką kwotę modernizacje, trzebaby przeprowadzić w Polsce, aby uzyskać efekt porównywalny z uruchamianiem EJ. A z racji moich ambicji odnośnie Polski, nie zadowala mnie jedna marna elektrownia. Chciałbym widzieć, jak co 4 lata, jedna i ta sama ekipa buduje w moim kraju kolejną „atomówkę”, aż do zastąpienia wszystkich elektrowni węglowych i osiągnięcia docelowo, w kombinacji z innymi źródłami, np. poziomu energetycznego dzisiejszych Niemiec. Ja jestem świadomy, że być może nie mamy na to pieniędzy dzisiaj, ale postawienie sobie takiego celu i jego konsekwentne realizowanie umożliwiłoby nam zbudowanie systemu energetycznego tak jak Francuzi. Według tego opracowania http://www.world-nuclear.org/reference/pdf/economics.pdf, 58 francuzkich reaktorów o łącznej mocy 63 gigawatów zostało zbudowanych za niecałe 75 mld euro (w cenach z 2004 roku) co dawałoby 1.19 mln euro na megawat mocy, która to moc byłaby w stanie wytworzyć 5.1 raza więcej elektryczności niż wiatraki na terenie naszego kraju (przy 18% produktywności).
    Dzięki takiemu jak u Francuzów podejściu, moglibyśmy uniknąć kosztownych opóźnień spowodowanych brakiem odpowiedniego doświadczenia u podwykonawców, co jest główną przyczyną opóźnień przy budowie reaktora EPR w fińskim Olkiluoto.
    A odnośnie pieniędzy na budowę – kredyty nie czynią EJ nieopłacalną – po prostu, ktoś inny zgarnia za friko kupę kasy. Ja uważam, że EJ powinien budować ten, kto ma na koncie w banku odpowiednią ilość gotówki. A skoro ci wszyscy miliarderzy są tylko wirtualni, to finansowaniem budowy EJ powinno zająć się państwo.
    A jeśli chodzi o techniczne możliwości instalowania elektrowni atomowej w naszym systemie przesyłowym to nie jest aż tak źle. Oto nasze elektrownie węglowe o mocy powyżej gigawata:

    Bełchatów – 4430 MWe
    Turów – 2106 MWe
    Pątnów – 1200 MWe
    Kozienice – 2846 MWe
    Połaniec – 1800 MWe
    Rybnik – 1775 MWe
    Dolna Odra – 1742 MWe
    Opole – 1532 MWe
    Jaworzno III – 1345 MWe
    Łaziska – 1155 MWe

    A chciałem zauważyć, że to szczególnie dla elektrowni wiatrowych potrzeba bardzo rozbudowanej (i nowoczesnej) sieci energetycznej do przenoszenia maksymalnych mocy w inne części kraju. No i oczywiście do przesyłania prądu z Ukrainy czy Białorusi.
    W tzw. energetyce rozproszonej podoba mi się idea decentralizacji (zwiększa konkurencyjność, demontuje monopole), ale jeżeli ja, miałbym za to płacić 2 czy 3 razy więcej niż w systemie scentralizowanym to ja chrzanię taki interes. W porządku, teraz spekuluję, ale to prof. Żmijewski powinien to wszystko policzyć, natomiast Pan jako dziennikarz powinien te dane przytoczyć. Bo mnie Panie Mariuszu, nie interesuje niczyja opinia, mnie interesują szczegóły. A jeśli znajdzie Pan trochę czasu do postudiowania tematu, to proszę sprawdzić czy koszty całego tego rozproszenia uwzględniają już koszty najnowszych technologii węglowych, bo jakby trzeba było do tego jeszcze doliczyć (podobno 40% większe) koszty technologii zgazowania węgla, koszty mechanicznej separacji tlenu i azotu (wstęp do sekwestracji CO2) oraz skraplania, przesyłania i wtłaczania dwutlenku węgla kilometr pod ziemię, to nie mamy w ogóle o czym rozmawiać. Aha, trzeba jeszcze policzyć ile prądu będzie potrzebowała motoryzacja przyszłości, bo napędem najsprawniejszym energetycznie i najbardziej wszechstronnym jest napęd elektryczny. Biopaliwa może i mają obecnie jakiś sens, ale skala ich produkcji będzie w przyszłości niewystarczająca. Tym bardziej, że już teraz ogniwa fotowoltaniczne mają wyższą sprawność od fotosyntezy(3-6%). Więc lepiej będzie doładowywać nimi akumulatory samochodów przyszłości (a i moc wiatraków nie będzie się marnować). A gdy już skończy się węgiel i gaz ziemny, a z wytwarzanego biogazu trzeba będzie uszczknąć co nieco dla przemysłu chemicznego, to co wtedy pozostanie ? Same kolubryny – elektrownie termojądrowe, klasyczne EJ na Uran-235 lub Uran-233(powielony z Toru-232), reaktory prędkie sodowe na pluton(znane jako powielające), reaktory na Tor-232 rozpuszczony w stopionych solach fluorku litu i fluorku berylu (nie ma ryzyka stopienia rdzenia, a ich entuzjaści twierdzą, że są one też najtańsze), reaktory PBMR (też nie grozi stopienie rdzenia), reaktory prędkie ołowiowe (też powielające, na pluton lub Uran-233, bezpieczniejsze od sodowych). No i wracamy do dużych elektrowni i scentralizowanych systemów przesyłowych. Ja rozumiem, mamy ten węgiel. Ale w takim razie po co Polska Grupa Energetyczna ogłosiła, że chce budować elektrownię jądrową, zamiast budować elektrownie na węgiel brunatny z Legnicy, które jak Pan twierdzi, są dużo tańsze od tych na węgiel kamienny, które z kolei będą w najbliższej przyszłości tańsze od elektrowni jądrowych (jak twierdzi Komisja Europejska). Robią to ze względów ideologicznych czy co ?

    Na zakończenie coś o mojej odwadze – brudna bomba to nie jest dla mnie fraszka, ale boję się jej dużo mniej niż zwykłej bomby, a tej, z racji życia w Polsce a nie w Izraelu, boję się mniej niż bandyty, przejechania przez samochód czy zarażenia żółtaczką w szpitalu. A Pan, Panie Mariuszu, boi się, że sąsiad wbije Panu nuż w plecy. Nie ma Pan przecież stuprocentowej pewności.

    T.K.

  21. Mariusz on Czerwiec 6th, 2008 5:56 pm

    Panowie,
    Co do NDA, zaczerpnąłem od niego tylko wiedzę o kosztach rozbiórki elektrowni jądrowych.
    Nie dam się przekonać, że jedna bardzo poważna awaria w elektrowni jądrowej z wyciekiem radioaktywnym na zewnątrz jest mniej niebezpieczna od rozrzedzonych w powietrzu spalin i żużli z elektrowni węglowych.
    PGE chce budować elektrownię węglową z powodu limitów emisji CO2 i z myślą o dalszej ekspansji rynkowej oraz dywersyfikacji działalności, ale i moim zdaniem także ze względów strategicznych i politycznych (PGE jest firmą państwową), bo jakkkolwiek na takie elektrownie patrzeć, to mogą one w przyszłości zmniejszyć nasze uzależnienie od rosyjskich surowców energetycznych.
    Co do Różana, artykułów, które miałem na myśli, nie ma w sieci, bo ukazywały się na przełomie lat 80. i 90., zanim internet i internetowe archiwa gazetowe zdążyły się upowszechnić. Pewnie dałoby się je znaleźć w gazetowym, „papierowym” archiwum Polskiego Radia, ale to byłaby mrówcza praca.
    Reasumując, nie jestem, jak już pisałem, zajadłym przeciwnikiem elektrowni atomowych. Życzyłbym sobie tylko rzeczowej dyskusji, czy to akurat na nie Polska powinna teraz przede wszystkim postawić. I cieszę się, że taka dyskusja na naszych łamach się wywiązała, choć nie obeszło się bez emocji.
    Pozdrawiam
    M.K.

  22. Tomasz on Czerwiec 7th, 2008 3:47 am

    Panie Mariuszu,
    W elektrowni TMI doszło do bardzo poważnej awarii. O ile dobrze pamiętam 80 % rdzenia uległo stopieniu. Stało się tak na skutek kilku wad projektowych, kilku niedopatrzeń przy konserwacji oraz czynnika ludzkiego. Raport amerykańskiej Komisji Dozoru Nuklearnego (NRC) stwierdza podobno, że operatorzy popełnili „wszystkie możliwe błędy” próbując schłodzić rdzeń już po wsunięciu prętów kontrolnych. Z powodu wspomnianych wad projektowych, operatorzy dysponowali fałszywym obrazem sytuacji i nie byli w stanie zrozumieć co się właściwie dzieje. Z powodu stresu popełniali zwykłe ludzkie pomyłki – operator polecił technikowi odczytać temperaturę z jednego miernika, a ten odczytał z drugiego. Skutek był taki, że rdzeń zaczął się topić a operatorzy stracili głowę. Nowa zmiana, która przyszła kilka godzin później, od razu zauważyła niespójność pewnych parametrów i odkryła co było nie tak. Gdyby tych wad projektowych nie było(jak obecnie) i gdyby decyzje o włączaniu bądź wyłączaniu odpowiednich podsystemów(oczywiście redundantnych) podejmował komputer a nie ludzie, wtedy nie byłoby sprawy. W dzisiejszych elektrowniach poważna awaria może mieć miejsce, gdy wszystkie redundantne obiegi chłodzenia jednocześnie zawiodą. W reaktorach poprzedniej generacji do stopienia rdzenia może dojść raz na 20 000 lat, w najnowszej generacji – raz na 2 000 000 lat(AP1000) lub nawet raz na 30 000 000 lat(ESBWR). W 60% przypadków, stopieniom nie towarzyszy żadna ofiara (tak jak w TMI), w 20% ponad 1000, ale aby doszło do katastrofy z 50 tysiącami ofiar musiałoby się stopić 100 tysięcy rdzeni (oczywiście statystycznie). Może zdarzy się jeszcze w historii ludzkości stopienie rdzenia, a może już nigdy. Za to na pewno każdego roku, tylko na amerykańskich drogach, ginąć będzie 40 tysięcy ludzi. A pozostałe wypadki ? A HIV ? A żółtaczka typu C ? A błędy lekarskie (w tym chirurgów) ? A bakterie odporne na antybiotyki ? A nowotwory ? A trzęsienia ? A tsunami (ostatnie – 283 tys. zabitych) ? A z resztą, tu ma Pan listę. Niech Pan spojrzy na te liczby, a potem mi wytłumaczy, ile ludzkość zyska bez elektrowni atomowych.

    http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_natural_disasters_by_death_toll#Ten_deadliest_natural_disasters

    Pozdrawiam
    T.K.

  23. Marek on Lipiec 23rd, 2008 1:00 pm

    Cieszę się, choć piszę trochę z półtoramiesięcznym opóźnieniem, że mogę dodać coś od siebie, człowieka bez politechnicznego wykształcenia, na temat energii z elektrowni atomowych. Nie znam się na budowaniu reaktorów i  nie wiem też, w jakich okolicznościach topi się rdzeń, ale nie mogę zgodzić się z opiniami, u których podstaw leży statystyka i tylko ona. Ludzie to nie statystyka, nawet jeśli przedmówcy chcieliby, żeby tak było. Ja obawiam się o wiele bardziej odpadów radioaktywnych niż tych żużlowych. I nie obchodzi mnie, że te pierwsze szybciej ulegną dezaktywacji, bo dziś i przez najbliższe pokolenia będą potwornym zagrożeniem. Elektrownie atomowe można porównać do statystycznie najbezpieczniejszych pojazdów. Jeżeli następuje awaria, skala zniszczenia jest ogromna.
    Porównywanie zagrożeń z kolei ma tyle sensu jak próba składania kloców LEGO z frytkami w jedną całość. Otóż, jak dotychczas, ludzie nie wywołują tsunami i mogą się tylko przed nim bronić. Dlatego uważam, że budowanie sobie pod nosem koszmarnego kloca termojądrowego, obojętnie czy na uran, czy coś innego, gdy mamy konwencjonalne źródła energii jest błędem. Nie wiem, dlaczego tak drogi jest wiatr, dlaczego nie buduje się małych elektrowni zasilających 1, 2 osady. Dlaczego znowu ktoś kombinuje, tylko tym razem, narażając mnóstwo ludzi.
    PS
    Jako jeden z kilkudziesięciu milionów Polaków utrzymujących rząd, Sejm itd. mam prawo wiedzieć i dostać rzeczową informację, co się zamierza. Ja na elektrownie atomową w Polsce osobiście się nie zgadzam. Chciałbym, żeby większość miała podobne zdanie. Mam nadzieję, że propaganda na zamówienie, w jakiej bryluje jeden z polskich dzienników, ludzi nie przekona.
    Pozdrawiam
    M

  24. Tomasz on Lipiec 25th, 2008 12:56 am

    Szanowny Panie Marku,
    Moja opinia o energii atomowej nie ma swojego źródła w statystyce, a już na pewno nie w samej statystyce. Nie wiem z czego wyciągnął Pan taki wniosek. Statystyki awarii najnowszych reaktorów jądrowych są jedynie pochodną zaawansowania ich konstrukcji, z której czynnik ludzki został już niemal całkowicie wyeliminowany. W elektrowni jądrowej nie ma guzika z napisem „Stopienie Rdzenia”, który można przypadkiem nacisnąć. Nie wiem czy coś takiego miał Pan na myśli pisząc „Ludzie to nie statystyka”. Bo zamiast wymienić konkrety prezentuje Pan demagogiczne slogany takie jak „potworne zagrożenie”, „ogromna skala zniszczeń” czy „koszmarny kloc”. Slogany, które są podstawowym orężem w ponad 30-to letniej, ideologicznej walce z energetyką atomową, którą uprawiają liczne stowarzyszenia oraz szukające sensacji media. Slogany, które nie mają merytorycznego uzasadnienia. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że nie godzę się na „potworne zagrożenie” jakie stanowi dla mnie Pana samochód. A przecież spacerując chodnikiem może się zdarzyć, że jeden z mknących pojazdów za chwilę wyśle mnie na tamten świat. Może jeżdżenie „koszmarnymi klockami” to błąd, gdy dysponujemy konwencjonalnymi środkami transportu takimi jak chodzenie na piechotę, jazda konna albo rower. Jak Pan sądzi? Ktoś sobie nieźle wykombinował cały ten przemysł motoryzacyjny, narażając życie setek milionów ludzi, z których setki tysięcy co roku ponosi śmierć. A motoryzacja to nie tsunami – sami ją sobie stworzyliśmy. Chociaż, mnie osobiście jest wszystko jedno czy zginę pod kołami pańskiego samochodu, czy pod tysiącami ton wody w czasie egzotycznego urlopu. Módlmy się, żeby ludzie na świecie nie „zmądrzeli” i nie zaczęli uciekać przed tsunami do Polski :)
    Może Pan spróbować wywołać u mnie przerażenie energią atomową, ale bez używania takich słów jak koszmarny, potworny, czy ogromny. Obawiam się tylko, że bez tych określeń, polegając jedynie na wiedzy, nie mnie jednego Pan nie przestraszy. Z resztą, wiedza to lekarstwo na niejedną fobię. Z wyjątkiem agorafobii.
    Pozdrawiam
    T.K.

  25. Paweł on Sierpień 24th, 2008 12:55 am

    Prześledziłem dyskusję i muszę powiedzieć że podzielam zdanie Pana Jacka i Pana Tomasza.Ja jestem za budową EJ.
    P.S. W kilku miejscach nawet się uśmiechnąłem :)
    Pozdrawiam wszystkich Panów

  26. AtomStop on Styczeń 23rd, 2009 1:11 pm

    Zapraszam do lektury strony Inicjatywy Antynuklearnej http://www.ian.abc.pl Nie przeczytasz tego w Wyborczej:)

    Proszę sprawdzić jak wygląda kopalnia uranu (odkrywkowa): wiatr roznosi radioaktywny pył po okolicy (w płucach pył uranowy bombarduje tkanki cząstkami alfa, co prowadzi do raka). Woda z ługowania rudy jest pompowana do rzek. Proszę też sprawdzić linki:

    Francuskie elektrownie jądrowe (te, które będą budowane w Polsce) – ostatnie lata:
    Groźba wybuchu we francuskiej elektrowni jądrowej (2008):
    http://www.lost-in-france.com/french-news/954-safety-risk-cruas
    Kolejny wyciek we francuskiej elektrowni, to już 4 poważny wypadek w roku 2008 w tej elektrowni
    http://www.euronews.net/en/article/24/07/2008/france-fourth-nuclear-incident-in-a-fortnight/

    Mieszkańcy i turyści nie mogą łowić ryb ani pić wody ze studni z powodu wycieku 18.000 litrów wody z uranem do rzeki (inne źródła mówią o 36.000)
    http://www.evworld.com/news.cfm?newsid=18641
    Skażenie we Francji, producenci szampana obawiają sie o swoją markę:
    http://www.foodanddrinkeurope.com/Products-Marketing/Radioactive-waste-threatens-Champagne-vineyards

  27. Agata on Luty 2nd, 2009 5:58 pm

    Witam.
    Moje zdanie na temat EJ w Polsce nie jest jednoznaczne. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że zapotrzebowanie na energię nie maleje i trzeba będzie sięgnąć w końcu do energii jądrowej, ale jako szara obywatelka, nieposiadająca wiedzy z zagadnień atomistyki jestem pełna obaw – wybuchy, wycieki, promieniowanie itd.
    Mówiąc krótko – nie życzyłabym sobie EJ pod nosem. Wolę (tak jak teraz) mieć widok na elektrownię węglową.
    Zainteresowała mnie kwestia „tzw. elektrowni bezemisyjnych, w których CO2 jest w całości wyłapywany i unieszkodliwiany”.
    Co znaczy „unieszkodliwiany”? Z którejś wypowiedzi wywnioskowałam, że chodzi o wtłaczanie CO2 pod ziemię, czyli metodę CCS. Jeśli tak to ma wyglądać, to przepraszam, ale ja się na to nie piszę, szczególnie po przeczytaniu artykułu: http://iskry.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=3804
    Jednak z drugiej strony inny artykuł http://www.gazetakolobrzeg.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2431&Itemid=144
    mówi zupełnie co innego.
    Komu wierzyć? Nie wiadomo :/

    Pozdrawiam
    Agata

    P.S. Weszłam na więcejtlenu.pl po raz pierwszy i muszę przyznać, że bardzo podoba mi się kultura i rzeczowa dyskusja forumowiczów. Tak trzymać :]

  28. Agata on Luty 2nd, 2009 6:22 pm

    Po przeczytaniu artykułu o mitach czarnobylskich mogę stwierdzić u siebie radiofobię, co nie zmienia faktu, że powinniśmy pójść w stronę energii odnawialnych i małych elektrowni zasilających osady. A duże elektrownie niech zasilają zakłady produkcyjne.

    Pozdrawiam
    Agata

  29. Tomasz on Luty 4th, 2009 6:03 am

    Do AtomStop,

    Wiatr roznosi radioaktywny pył po okolicy? Toż to skandal, żeby ludzie nie mogli sobie stać kordonem wokół odkrywkowej kopalni uranu i pełną piersią oddychać naturalnym, zdrowym pyłem. Ale to i tak nic w porównaniu z biednymi górnikami uranu, którzy są siłą zmuszani do pracy w kopalniach. To mówicie, że ilu z nich rokrocznie dostaje raka z powodu uranu? Ale i tak nie ma czego zazdrościć. Uran to takie świństwo. To nie to co naturalny radioaktywny radon, który wszyscy na całym świecie wdychają i który jest drugą po papierosach przyczyną nowotworów płuc. W końcu okres połowicznego rozpadu(alfa) radonu to „aż” 3.8 dnia. To nie to co 700 milionów lat uranu 235, którego jest „aż” 130 razy mniej niż uranu 238, którego okres połowicznego rozpadu wynosi 4.5 miliarda lat.
    Ale z tą wodą z ługowania to dopiero jest coś niebywałego. Jeszcze możnaby im odpuścić, gdyby miał miejsce jakiś przypadkowy przeciek do rzeki. Ale ci dranie pompują to świństwo do rzek regularnie. Nie ma się co dziwić, że w rewanżu, rzeki zalewają kopalnie uranu.

    >Groźba wybuchu we francuskiej elektrowni jądrowej (2008):
    Mocne. Przed oczami przemykają dantejskie sceny. Kilkanaście tysięcy zabitych, „ciała spychaczami zrzucane do dołów”. Ba, nawet 200 tys. ofiar – Dr. Richard E. Webb tak wyliczył. I nie ma się co dziwić. Według pana doktora reaktory, których używają Francuzi są bardziej niebezpieczne od czarnobylskich. I kto by pomyślał, że wszystko to z powodu rdzewiejącej rury, którą doprowadza się wodór do „chłodzenia reaktora”. Nie dziwcie się. W artykule jest takie zdanie – „Hydrogen is used as a coolant for the reactor”. Poszaleli ci Francuzi. Zamiast używać wodoru do rekombinacji z nadmiarowym tlenem w obiegu pierwotnym oni chłodzą nim reaktor. A to muszą być przecież spore ilości wodoru. EDF co prawda twierdzi, że nie było ryzyka wybuchu, ale najpewniej kłamią. A tak z ciekawości – ta zardzewiała rura znajdowała się w sąsiedztwie reaktora, w jednym z przyległych budynków czy może gdzieś na zewnątrz? Pytam, bo artykuł jest ogólnie mało precyzyjny. Nie wiadomo np. o jaki rodzaj wybuchu chodzi – atomowy, chemiczny czy może wściekłości.

    >Kolejny wyciek we francuskiej elektrowni, to już 4 poważny wypadek w roku 2008 w tej elektrowni:
    Kolejny wyciek? Co wyciekło i na ile tysięcy lat pozostanie skażone? Co!? Robotnicy!? Ilu zabitych? Żaden!? I nawet ich zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo? Skandal. Przez takie incydenty ludzie po nocach nie sypiają. I ile zdrowia przez to tracą. Zapadają na choroby psychosomatyczne. To są miliardowe koszty. I nam Polakom chcą postawić taką puszkę Pandory. A tak nam się tu zdrowo i bezstresowo żyło.
    A wracając do artykułu – jak zwykle bez konkretów. Broń Boże. Jeszcze by go ludzie po przeczytaniu zignorowali. A jak wiadomo tylko że wyciek, to może i reaktor lada dzień szlag trafi.
    Za to z tego artykułu
    http://www.nzherald.co.nz/world/news/article.cfm?c_id=2&objectid=10523246
    wynika, że to był dopiero drugi wypadek w Tricastin i na dodatek nie w samej elektrowni, bo Tricastin to jest cały kompleks. Ale nawet gdyby były 4 to co z tego. Jak nie fundują nam kolejnego czarnobyla to ma jedynie wpływ na reputację elektrowni. A jak ktoś nie chce ryzykować napromieniowania to niech pracuje gdzie indziej np. w kopalni węgla.

    >Mieszkańcy i turyści nie mogą łowić ryb ani pić wody ze studni z powodu wycieku 18.000 litrów wody z uranem do rzeki:
    W Tricastin wyciekł uran do rzeki. Ale przecież w rzece woda nie płynie. Teraz rzeka będzie skażona przez tysiące lat, albo i dziesiątki tysięcy. Przecież wyciekło całe 74 kg uranu. Co z tego, że w zajmującej hektar powierzchni hałdzie popiołów ze spalania węgla znajduje się 100 razy więcej uranu. W hałdzie nie ma ryb, które tylko czekają na wyciek uranu żeby go spałaszować i dać się złapać wędkarzowi-turyście. Jakie to szczęście mieć takie władze, które ochronią mieszkańców(i turystów) przed zjedzeniem „ryb na wagę uranu”, bo przecież uran(podobnie jak pluton) z takim impetem przenika przez układ trawienny, że z miliona połkniętych atomów aż 30 przedostaje się do krwioobiegu. Ale straty z turystyki są wymierne. A przecież sprawca wycieku nie wypłacił już odszkodowań 130 „poszkodowanym przez władze”. Bo powiedzmy to sobie szczerze – jak odszkodowanie nie opiewa na parę milionów to tak jakby go w ogóle nie było. Ale AREVA i tak powinna być wdzięczna władzom, że nie zarządziły przesiedlenia ludności.

    >Skażenie we Francji, producenci szampana obawiają sie o swoją markę:
    Niestety, szkoda jest. Psychologiczna, ale jest. A szkoda. Bo gdyby nie tacy jak Wy, ludzie nie reagowaliby tak alergicznie na hasło „skażenie radioaktywne”. Może daliby sobie wytłumaczyć, że spożycie miliona becquereli(Bq) trytu pod postacią wody przekłada się na dawkę 20 mikrosiwertów. A żeby otrzymać przeciętną roczną dawkę promieniowania naturalnego trzeba by spożyć 100 milionów Bq trytu. A w kilku (naturalnych) miejscach na Ziemi otrzymuje się rocznie odpowiednik 10 miliardów Bq trytu (200 milisiwertów). A żeby dostać lekkiej, bynajmniej nie śmiertelnej choroby popromiennej, trzeba by zażyć 30-60 miliardów Bq trytu. JEDNORAZOWO! A teraz weźmy ten europejski limit – 100 Bq na litr, czyli jedna cząsteczka trytu na BILIARD(10^15) cząsteczek wody. Na dodatkową przeciętną dawkę trzeba by wypić milion litrów europejskiego limitu. Zadanie domowe dla Was: obliczyć liczbę litrów dla pozostałych progów. Macie szczęście, że Greenpeace nie raczył podzielić się stężeniem trytu w wodach gruntowych w odległości mniejszej niż 10 km od słynnych winnic – macie mniej do rachowania. Nie raczył też sprecyzować czy chodzi o 20 metrów od tychże winnic czy może o 9999 metrów. Podnoszą larum dla producentów szampana, ale 90-cio krotne przekroczenie europejskiej normy jest gdzie indziej. Mniejsza o to.
    Oczywiście nikt nie lubi jak mu się zanieczyszcza źródło wody. Sam bym się wkurzył. Za nieprzemyślany projekt, za postawienie składowiska tam gdzie wody gruntowe są na głębokości 2 metrów. Składowisko musi być zaprojektowane tak, żeby z dowolnego pojemnika mogło się coś wylać i żeby nie wsiąkało zaraz w gołą, betonową podłogę. Mimo wszystko szkoda. Szkoda głupio zszarganej reputacji francuskiej branży atomowej.

    Z poważaniem
    T.K.

  30. Tomasz on Luty 8th, 2009 4:46 pm

    Pani Agato,

    Artykuł pt. „Polska – kraj czystej energii” pod względem merytorycznym jest niewiele warty. Dowiedziałem się z niego jedynie, że od kilkunastu lat prowadzimy eksperymenty z wtłaczaniem CO2 pod ziemię. Niestety artykuł nie wyjaśnia żadnych istotnych kwestii takich jak np. ile razy więcej (w porównaniu z eksperymentami) CO2 trzeba będzie wtłaczać, czy 20 mln ton wtłoczonego CO2 zachowuje się tak samo jak 20 tys. ton, ile może kosztować i jak będzie budowana cała infrastruktura do sekwestracji, przesyłania i wtłaczania CO2 pod ziemię. Na dodatek, poruszona w artykule kwestia ulatniania się CO2 jest zwykłym mydleniem oczu, bo nie chodzi o powolne, niegroźne wydostawanie się gazu tylko o możliwość swoistej erupcji (jak w Czadzie). W artykule jest np. akapit o konieczności monitorowania stężenia CO2. A jak będzie za duże to co? Zalewamy szyb betonem i gotowe? Czy może wypompowujemy te 20 mln ton dwutleneku? Ten artykuł to jedynie czyjaś optymistyczna wizja przyszłości. Na jego podstawie nie należy wyrabiać swojej własnej opinii.

    Co się zaś tyczy artykułu pt. „Bomba chemiczna z opóźnionym zapłonem” to mamy do czynienia ze swoistym mariażem pamfletu i apelu politycznego (niemalże odezwy) skierowanym do niewybrednego czytelnika. Mimo że artykuł ma większą wartość merytoryczną od poprzedniego to liczba emocjonalnych wtrętów wskazuje na zdecydowanie nieobiektywne potraktowanie tematu. Proszę rzucić okiem na to:

    katastrofalna decyzja
    o skutkach wręcz niewyobrażalnych
    Prawdziwa bomba chemiczna
    drastycznych rozwiązań
    jest działaniem barbarzyńskim
    o niewyobrażalnych skutkach
    katastrofalnych dla Europy
    narzucona przez globalistów i międzynarodowe lobby
    pseudonowoczesna technologia
    perspektywa tragiczna
    „bomba gazowa CO2″ o niespotykanej wielkości
    permanentna ucieczka w ciszy
    setkom milionów ludzi zagrozi przedwczesna śmierć
    w wyniku zdradliwego działania
    kolejny pomysł „mędrców Europy”
    do powolnej masowej zagłady
    samobójczy scenariusz
    będący kolejną obrazą Boga
    jest tak dramatyczny, że aż niewiarygodny.
    zatruwając wszystko po drodze
    powoduje śmierć w męczarniach

    Warto by było przeprowadzić dokładną analizę tego artykułu, żeby obnażyć różne nieścisłości i manipulacje, ale niestety nie mam na to czasu. A jest tu parę takich kwiatków:
    1. CO2 działa podobnie jak trujący tlenek węgla.
    2. Narzucanie technologii CCS przez lobby atomowe.
    3. Pozyskiwanie z CO2 paliwa o wiele tańszego niż obecnie produkowane – bo w CO2 jest już węgiel, którego nie trzeba wydobywać z ziemi.
    4. Ciepło i prąd z geotermi 150 razy przekraczające nasze polskie zapotrzebowanie. [Do ogrzewania może i tak, tylko za jaką cenę. Natomiast przy produkcji prądu liczy się jakość ciepła a nie jego ilość.]

    Pozdrawiam
    T.K.

  31. Jacek on Luty 10th, 2009 9:24 pm

    Pani Agato,
    Dawno nie zaglądałem na forum i cieszę się, że ciągle pojawiają się nowe wpisy. Co do Pani poglądów: proszę nie bać się elektrowni jądowych. Ostatecznym kryterium jest praktyka: od 25 lat nikt nie zginął na świecie w wyniku wypadków w elektrowniach jądrowych. Od ponad 25 lat pracuję przy różnego rodzaju źródłach promieniowania i nic mi nie jest. Częściej się badam i pewnie jestem zdrowszy niż przeciętny Polak. W tym samym czasie w elektrowniach opalanych węglem zdarzyło się ok. 1500 poważnych katastrof w których zginęło ok. 25000 ludzi. Nie ma porównania. A co lepiej mieć przed oknem: elektrownię jądrową, która naprawdę nic nie emituje czy hałdę z elektrowni opalanej węglem. Ta hałda jest tak radioaktywna jak paliwo z reaktora po 100 do 300 latach. A do tego śmierdzi ;-).
    Czy energetyka odnawialna jest rozwiązaniem naszych problemów ? Tylko w niewielkiej skali. Jeżeli chcielibyśmy brakującą nam energię pozyskać z tzw. źródeł odnawialnych, co w polskich uwarunkowaniach oznacza palenie roślin, musielibyśmy równo pól kraju obsadzić wierzbą energetyczną. To dopiero byłaby katastrofa ekologiczna ! Wiatraki to też tylko margines: nie mogą stanowić więcej niż ok. 5% mocy zainstalowanej bo mogłaby pani oglądać telewizję tylko wtedy kiedy wieje wiatr a nie wtedy, kiedy idzie pani ulubiony serial. Na deser ostateczny argument: jeżeli boi się pani promieniowania z elektrowni jądrowych mam prostą receptę: niech pani nie nosi butów na wysokim obcasie. Serio, serio: przebywając wyżej o 10 cm dostaje pani zwiększoną dawkę promieniowania kosmicznego, zwiększoną akurat o tyle, ile dostaje pani od energetyki jądrowej. A wyjazd na narty do Zakopanego to już byłby horror: przez dwa tygodnie dostanie pani więcej niż przez całe życie od elektrowni jądrowych. Boi się pani jeździć na nartach ? Ja uwielbiam i za tydzień jadę. Co mi tam promieniowanie !

    Pozdrowienia

    Jacek Jagielski

  32. Jan on Marzec 18th, 2009 4:40 pm

    Małe wyjaśnienie odnośnie wycieku w zakładachSOCATRIN w TRISCATIN
    Jest to instalacja rekuperacji paliwa jądrowego.
    Wyciek dotyczy wody popłuczny z odpadów uranu .tj 12gramU na litr wody
    przepuszczalnie wyciekło około 6 m3 to daje około74kg uranu.Pogłoska
    mowi ą o 30m3 co by dało 360kg uranu .(liczba niesprawdzona ) nie dotyczy reaktora jądrowego ,zakład ten jest w innym miejscu niż eletrownia.
    Co do grożby eksplozji ,dotyczy bloku energetycznego w Le CRUAS.
    Jest to wypływ wodoru z obwodu chłodzenia generatora prądotworczego.
    Ten ostatni typ awari zdarza się także w naszych elektrowniach.(generatory
    są chłodone wodorem przy mocy powyżej 30 MW.

Chcesz skomentować?





Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Bottom