Wiatrakowy boom
Luty 6, 2008

Jeszcze dwa lata temu w Polsce były tylko trzy farmy wiatrowe. Teraz jest ich już dziewięć i przybywają kolejne. Budować wiatraki chce u nas cały świat. Nie ma miesiąca, w którym jakaś firma nie ogłaszałaby, że postawi w Polsce elektrownię wiatrową. Już inwestują w Polsce Duńczycy, Niemcy, Holendrzy, Hiszpanie, Amerykanie, a nawet Japończycy. Do gry włączają się także firmy krajowe.
Elektrownia Bełchatów na hałdzie popiołów po spalonym węglu postawiła 15 wiatraków. Polska firma informatyczna MCX, zbudowała jedną farmę we własnym zakresie, drugą wspólnie z Amerykanami i w tej kooperatywie planuje kolejne inwestycje „w wiatr”. W tej chwili na różnych etapach przygotowań mamy aż kilkadziesiąt projektów budowy elektrowni wiatrowych (ich łączna moc ma wynosić 2 tys. megawatów). Trzy największe – planuje Polska Grupa Energetyczna – mają „stanąć” na Bałtyku, kilkadziesiąt kilometrów od brzegu. Każda z nich miałaby liczyć po sto wiatraków, a prąd z nich byłby przesyłany na ląd, kablem ułożonym na morskim dnie.
Skąd to nagłe ożywienie? Przecież jeszcze kilka lat temu wiatraki budowali w Polsce jedynie pasjonaci. Mało tego, zwykle wychodzili na tym interesie, jak Zabłocki na mydle. Zakłady energetyczne nie chciały płacić przyzwoitych pieniędzy za wyprodukowany w takich elektrowniach prąd i niejednokrotnie do interesu trzeba było zwyczajnie dokładać. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Najpierw ministerstwo gospodarki nakazało zakładom energetycznym, żeby przynajmniej 2 proc. kupowanego przez nie prądu pochodziło ze źródeł odnawialnych. Potem ten obowiązkowy udział się zwiększał (w tym roku wyniesie już 7 proc.). W 2005 roku rząd wprowadził tzw. zielone certyfikaty, które dostawał każdy, kto produkował energię elektryczną z wiatru, wody, biomasy czy promieni słonecznych. Skupowały je zakłady energetyczne, żeby wykazać, że wywiązały się z obowiązku zakupu określonej przepisami ilości energii ze źródeł odnawialnych. Ale to jeszcze nie doprowadziło do przełomu. Elektrownie węglowe dorzucały do kotłów drewno i też dostawały dzięki temu zielone certyfikaty – „bo to przecież także energia odnawialna”. Rzecz jasna elektrownie korzystały z takiej luki prawnej na potęgę, co sprawiało, że zielonych certyfikatów było na rynku za dużo, a tym samym ich cena poleciała w dół i to tak bardzo, że bez dotacji nie opłacało się budować farm wiatrowych. Na szczęście, systematycznie rósł obowiązkowy, procentowy udział źródeł odnawialnych w kupowanym przez zakłady energetyczne prądzie (w 2007 r. było to 5,1 proc.). Jednocześnie energii ze spalania drewna w elektrowniach węglowych nie przybywało, ze względu na ograniczoną ilość tego surowca. „Zielonego” prądu zaczęło więc brakować. Cena certyfikatów szła wreszcie w górę, by osiągnąć poziom 240 zł za 1 megawatogodzinę. Było to już na tyle dużo, że wiatraki, choć drogie w budowie, w końcu stały się w Polsce opłacalnym biznesem.
Zachodniopomorskie, niektóre części Suwalszczyzny i Podkarpacia mają doskonałe warunki do produkcji prądu z wiatru. W Niemczech, które pod względem wietrzności są do nas podobne, elektrownie wiatrowe mają już moc ponad 20 tys. megawatów (2/3 mocy wszystkich polskich elektrowni węglowych i wodnych). Moc polskich wiatraków to na razie jedynie 300 megawatów. Na pierwszy rzut oka widać, jak ogromny potencjał tkwi w tej branży. Szybko dostrzegły go firmy zachodnie, które zaczęły na gwałt szukać terenów pod farmy wiatrowe w Polsce. Rolnicy po spotkaniach z ich przedstawicielami z zadowolenia zacierali ręce, bo za roczną dzierżawę maleńkiego spłachetka pola pod jeden wiatrak dostawali nawet 50 tys. złotych.
Oczywiście gdzieniegdzie zdarzało się i tak, że lokalne społeczności próbowały blokować wiatrowe inwestycje. Ludzie bali się na przykład, że w telewizorach będą mieć obraz do góry nogami – to nie jest żart. Tak samo jak obawa, że od wiatraków psuje się krowie mleko. O dziwo, do batalii przeciw budowie elektrowni wiatrowych przyłączają się niektórzy ekolodzy. Narzekają, że wiatraki szpecą krajobraz i zabijają się o nie ptaki. Trochę racji trzeba im oddać. Lepiej byłoby budować rozproszone w wielu miejscach pojedyncze wiatraki niż ich wielkie skupiska, które rzeczywiście nie wyglądają najpiękniej, nadając otoczeniu industrialny charakter.
A co z drugim zarzutem? Skrzydła dzisiejszych wiatraków mają ogromną średnicę i dzięki temu kręcą się na tyle wolno, że ptaki z łatwością unikają zderzenia z nimi. Prawdą jest natomiast to, że często ptaki zmieniają trasy przelotów, tak by omijać duże skupiska wiatraków.
Opowieści o tym, że elektrownie wiatrowe wpływają negatywnie na środowisko, należy włożyć między bajki. Ryzyko negatywnego oddziaływania takich inwestycji na otoczenie minimalizuje się, wymagając od inwestora odpowiednich zachowań. Obostrzeń jest naprawdę wiele, a wśród nich bezwzględnie wymagana pozytywna ocena wpływu elektrowni na środowisko naturalne. Przygotowania do budowy trwają długo – nawet 5 lat.
W trakcie realizacji są cztery projekty budowy elektrowni wiatrowych w Polsce. Dwie z nich, koło Karlina i w Malborku, buduje hiszpańska Iberdrola. Trzecia, to mały obiekt (ledwie 8 megawatów mocy), powstający w miejscowości Łebcz koło Trójmiasta. Czwarty projekt to będzie największa tego typu elektrownia w kraju, bo jej moc ma wynosić 90 MW, co wystarczy do zaopatrzenia w prąd niemal 200 tys. ludzi. Budują ją w Zajączkowie koło Słupska japońskie firmy: Mitsui i J.Power.
Najwięcej istniejących już farm wiatrowych znajduje się w pasie nadmorskim i tam też ma ich powstawać coraz więcej. Ale to na razie tylko ambitne plany. Okazuje się, że akurat w tej części kraju brakuje odpowiednio dużych sieci przesyłowych. Zbudowano ich tam dotąd niewiele i tylko na lokalne potrzeby. Już teraz niektóre inwestycje są wstrzymane, ponieważ miejscowe zakłady energetyczne informują, że nie miałyby jak odbierać prądu i go dalej przesyłać. W związku z tym odmawiają przyłączenia do sieci nowych dostawców.
Jeśli ta sytuacja nie ulegnie zmianie, może skończyć się dla nas nie tylko kompromitacją, ale także poważnymi sankcjami. Według dyrektyw unijnych Polska w 2010 r. powinna produkować co najmniej 10 proc. energii ze źródeł odnawialnych. Bez szybkiego rozwoju energetyki wiatrowej, realizacja tych planów najprawdopodobniej będzie niemożliwa. Innymi słowy: jeśli już teraz na poważnie nie zajmiemy się problemem wiatraków, wkrótce będziemy mieli problemy z Brukselą.
Mariusz Krzemiński






Komentarze
Chcesz skomentować?