Top

Recykling po polsku

Styczeń 23, 2008

istock_recycling1.jpg

Jak to możliwe, że po wprowadzeniu nowych (proekologicznych) przepisów, nagle zaczęliśmy płacić więcej za wywóz posegregowanych śmieci? Przecież mieliśmy segregować między innymi po to, żeby płacić mniej!

W segregowaniu śmieci Polska plasuje się na szarym końcu Europy. Do końca zeszłego roku z 10 mln ton wytwarzanych przez nas odpadów tylko 4 proc. nie trafiało na wysypiska i było ponownie wykorzystanych – chodzi o: papier, szkło, metal, plastik, ale też odpadki organiczne, przeznaczane na kompost. Dla porównania, w Belgii, w której sortowanie śmieci jest prawie sportem narodowym, do recyklingu trafia aż 90 proc. odpadów. Na szczęście nie mamy wyjścia i w ekspresowym tempie musimy gonić Belgów. Już po 2010 roku powinniśmy osiągnąć niewiele niższy od nich wskaźnik (65 proc.), bo tak nakazują nam przepisy unijne. Dlatego – niech żyje UE!

Niektóre polskie miasta wzięły już sobie ten termin do serca i wprowadziły obowiązek segregacji śmieci. Tak zrobiły w zeszłym roku m.in. Wrocław i Warszawa. Niestety, efekty były często opłakane. Z ulic zniknęły bowiem kontenery na surowce wtórne, a zamiast nich w wielu osiedlowych śmietnikach pojawiły się pojemniki na tzw. odpady surowcowe (czerwone worki), do których wrzuca się i papier, i szkło, i puszki, i plastikowe butelki. Firmy śmieciowe próbują je później sortować, ale to żmudna, często wykonywana ręcznie, niemal syzyfowa praca. W końcu za bary z tym problemem musiał wziąć się rząd. Przygotowano przepisy, na podstawie których tak zwana opłata marszałkowska nakładana na właścicieli wysypisk (płacą ją od każdej tony składowanych śmieci), wzrosła od Nowego Roku pięciokrotnie: z 15 do 75 zł za tonę.
Taka regulacja miała zachęcić do sortowania odpadów i doprowadzić do podwyższenia cen wywozu śmieci niesegregowanych. Ale tak było w wielu przypadkach jeszcze w starym roku, a z początkiem nowego część firm śmieciowych zagrała nie fair i podwyżkę opłaty marszałkowskiej wykorzystała do tego, żeby znacznie podnieść ceny za wywóz wszystkich śmieci: segregowanych i nie segregowanych. Tak zrobiło m.in. warszawskie MPO, drastycznie podwyższając opłatę za odbiór 120-litrowych worków z papierem i szkłem (na przykład w osiedlu Stara Miłosna z 7 do 10 zł). Firma tłumaczy się z tego posunięcia w zadziwiający sposób.
- Wielu odbiorców zamawia worki do segregacji, traktując je jako tańsze worki na odpady niesegregowane – mówi Katarzyna Stanatel, rzecznik MPO. – Obniżymy stawki, gdy społeczeństwo dojrzeje do odpowiedniego korzystania z usługi segregacji.
My z kolei jesteśmy ciekawi, kiedy dojrzeje MPO. Co prawda, rzecznik firmy przekonuje, że cena wywozu śmieci segregowanych podlega negocjacji dla klientów, którzy RZECZYWIŚCIE segregują, ciekawe jednak, jak MPO to sprawdza? Może lotne inspekcje wysypują delikwentowi zawartość worka i patrzą, czy w środku zamiast papieru nie ma obierek z ziemniaków?
Trochę racji trzeba jednak pani rzecznik oddać. W bloku przy ul. Ostrobramskiej, w którym do niedawna mieszkaliśmy, mieszkańcy wyrzucali do pojemników na papier zwykłe odpady. To dlatego firmy śmieciowe często mieszają różne surowce wtórne w jednym kontenerze, bo i tak trzeba je potem posegregować. Ale z drugiej strony, pojemnik na butelki PET – stojący przy tym samym bloku – regularnie się zapełniał i to tylko produktami plastikowymi. Wniosek jest oczywisty: jeśli ludziom stworzy się możliwość segregowania śmieci i odpowiednio ich wyedukuje, nie będą mieli problemów z wysypywaniem odpadów do właściwych pojemników.

Przedstawiciele warszawskiego MPO zapewniają, że edukują społeczeństwo, a jednocześnie twierdzą, że „czerwone worki” na segregacyjny miks są na razie najlepszą ofertą. – Najpierw ludzie muszą zacząć odróżniać śmieci zwykłe, czyli „mokre”, biodegradowalne, od „suchych” do segregacji – mówi Katarzyna Stanatel. – Dopiero potem można ich uczyć, co wrzucać do „papieru”, „szkła” czy „plastiku”.
Można by wziąć te wyjaśnienia za dobrą monetę, gdyby nie fakt, że w wielu innych firmach cena za odbiór śmieci segregowanych jest nawet trzykrotnie niższa od niesegregowanych i po Nowym Roku nie wzrosła. Tak było np. w stołecznym Transnecu. To znaczy, że jednak można sobie jakoś poradzić z „nieuświadomionymi” klientami. Z kolei w Poznaniu, dzięki polityce władz miasta, za segregowane odpady w ogóle się nie płaci, co jeszcze bardziej podważa argumentację przedstawicieli MPO. W końcu firmy śmieciowe sprzedają posortowane odpady i całkiem dobrze na tym wychodzą. Po co zatem wmawiać reszcie świata, że recykling się nie opłaca?
Huty szkła, fabryki papieru czy firmy produkujące tworzywa sztuczne z chęcią kupują, i to za przyzwoitą cenę, surowce wtórne, bo są one tańsze od zwykłych materiałów potrzebnych do produkcji. Firmy śmieciowe na taki argument odpowiadają, że koszty zbiórki i sortowania surowców przewyższają wpływy z ich sprzedaży. Jednak dowodem na to, że jest inaczej, są zyski spółek zajmujących się recyklingiem. Olsztyńska firma Krynicki, specjalizująca się w odzysku stłuczki szklanej, prognozuje, że w tym roku będzie mieć 1,2 mln złotych zysku, przy przychodach przekraczających 16 mln.
Zarabiać na segregowanych śmieciach można i to dobrze, ale pod jednym warunkiem. Trzeba tak nauczyć ludzi je sortować, żeby dostawać niemal gotowe do sprzedaży surowce wtórne, a później dokonywać dokładniejszej – jednak już o wiele mniej uciążliwej – ich segregacji we własnych sortowniach. Tymczasem firmy często najchętniej podstawiają klientom pojemniki na zmieszane odpady albo oferują co najwyżej trzy worki: na szkło, papier i plastik. A co w takim razie z metalowymi puszkami? Przecież na ich recyklingu dobrze się wychodzi – widok zbieraczy puszek w największych polskich miastach to już codzienność. Co z kartonami po sokach i mleku? Firmy śmieciowe zapewniają, żeby takich odpadów, łączących dwa rodzaje materiałów (kartony są od środka wyłożone cienką warstewką folii aluminiowej), nie powinniśmy segregować, bo ponoć do niczego się nie nadają. Tymczasem firma Mondi Packaging przerabia je w swej makulaturowni na papier do produkcji pudełek tekturowych. Co wreszcie z dwoma osobnymi pojemnikami na szkło kolorowe i szkło bezbarwne (za tak posegregowane szkło huta zapłaci więcej)?

Niemcy mają po siedem pojemników na surowce wtórne i nie robią z tego problemu. U nas mówi się często, że byłby to absurd; biadoli się nad znaną sportsmenką Agatą Wróbel, która w Anglii zarabiała, sortując śmieci (jakby komukolwiek taka praca mogła przynieść ujmę); straszy, że obowiązkowy recykling doprowadzi do drastycznej zwyżki cen za wywóz śmieci. A przedsiębiorstwa odbierające odpady tylko się z tego cieszą i w większości nie zamierzają wprowadzać dodatkowych pojemników. Do tego nie prowadzą kampanii informacyjnych, zachęcających do segregacji śmieci, nie edukują klientów, ponadto często nie mają nawet instalacji do sortowania śmieci. Przecież to wymagałoby sporego wysiłku i nakładów. Właściciele firm śmieciowych przez lata przyzwyczaili się do łatwego zarobku: odebrać od nas śmieci i wywieźć je na wysypisko, dobrze zarabiając na różnicy cen między swoimi stawkami a cenami zrzucania. Teraz, kiedy każe im się więcej pracować, zatrudniać nowych ludzi, inwestować, nic dziwnego, że stawiają opór. I tylko, my, ich klienci, możemy go przełamać!
Przecież zawsze możemy zmienić firmę odbierającą od nas śmieci na taką, która na przykład podstawi nam osobny worek albo kontener na metal albo butelki PET. I za śmieci posortowane weźmie kilkakrotnie mniej niż za zwykłe. Jeśli tego nie zrozumiemy i nie weźmiemy w końcu spraw we własne ręce, nie tylko zapłacimy wysoką cenę ekologiczną za rosnące hałdy śmieci, zapłacimy także wysokie kary za nie przestrzeganie unijnych norm. A wśród ekologicznie uświadomionych zachodnich Europejczyków będziemy uchodzić za kraj śmieciowych barbarzyńców. I kto wie, czy nie słusznie?

Anna i Mariusz Krzemińscy

Komentarze

Chcesz skomentować?





Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Bottom