Top

30 lat za Japończykami

Grudzień 27, 2007

Rząd zapłaci nam za oszczędzanie energii

Oszczędzanie energii to dla przeciętnego Japończyka nie tylko narodowy obyczaj, to także akt patriotyzmu. Pionierskie rozwiązania w tej dziedzinie, które Japończycy zaczęli wprowadzać już 30 lat temu, przyniosły wspaniałe efekty. Tymczasem Polska jest dopiero na początku tej drogi. W najbliższych tygodniach do sejmu trafi projekt ustawy o efektywności energetycznej, która zrewolucjonizuje nasze podejście do oszczędzania energii.


Nie ulega wątpliwości, że zmarnowaliśmy wiele lat. Kolejne ekipy rządzące pracowały nad przepisami, mającymi zachęcić nas do oszczędzania energii, przymuszane do tego przez Komisję Europejską. Robiły to jednak w żółwim tempie, bez przekonania i po partacku. Tymczasem powinniśmy brać przykład z Japończyków. Mało kto wie, że przemysł Kraju Kwitnącej Wiśni jest aż pięć razy mniej energochłonny od przemysłu polskiego (do wytworzenia dowolnego produktu potrzebuje średnio pięciokrotnie mniej energii). Zaś zwykli Japończycy do tematu oszczędzania podchodzą z niemal nabożną czcią. W zimie w ich mieszkaniach jest dużo chłodniej niż u Europejczyków czy Amerykanów, a latem chodzą do biura bez marynarki i bez krawata, żeby nie korzystać nadmiernie z klimatyzacji. Pocieszające jest jednak to, że i my, mimo kiepskiego początku, niedługo zaczniemy naśladować Japończyków i powszechnie oszczędzać prąd, gaz oraz ropę. Energia będzie coraz droższa.

Świadectwo energooszczędności

Polski parlament jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, rzutem na taśmę, na ostatnim posiedzeniu poprzedniej kadencji, przyjął pierwsze przepisy mające zachęcić Polaków do oszczędzania energii. Była to nowelizacja prawa budowlanego, wprowadzająca m.in. tak zwane świadectwa energetyczne dla budynków, przy których ogrzewaniu marnuje się gigantyczne ilości ciepła (ok. 36 proc. zużywanej przez Polaków energii cieplnej „idzie w powietrze”). Jeśli kupowaliście w ostatnich latach pralkę albo lodówkę i dostrzegliście na nich specjalną etykietę, określającą zużycie energii przez te urządzenia (klasa od A do E), to już pewnie domyślacie się, o co chodzi. Takie same klasy energetyczne mają być przyznawane budynkom i będzie to miało wpływ na ich wartość.
W praktyce będzie to wyglądać na przykład tak: gdy deweloper buduje nowy dom, musi uzyskać dla niego świadectwo, określające, ile energii zostanie spożytkowane na jego ogrzewanie i pokazać je wszystkim kupującym od niego mieszkania. My zaś w oparciu o ten dokument będziemy mogli sobie skalkulować, czy ogrzanie naszego nowego mieszkania nie będzie zbyt drogie i czy nie lepiej poszukać sobie bardziej energooszczędnego bloku.

Kary dla marnotrawców

Ale to tylko początek. Ministerstwo Gospodarki właśnie kończy dopieszczać projekt ustawy o efektywności energetycznej, która miała być przyjęta przez sejm w lutym 2008 roku, co by znaczyło, że zacznie obowiązywać już w maju. Jednak wiadomo, że to termin nierealny i będzie poślizg. Sądząc z przyjętych do ustawy o efektywności energetycznej założeń, wkrótce czekają nas zmiany naprawdę rewolucyjne. Jednym z głównych punktów nowego prawa będą tzw. białe certyfikaty. Za tą tajemniczą nazwą kryje się dość zawikłany mechanizm, zachęcający do oszczędzania energii. Wg ustawy Polska będzie musiała już od 2008 r. zmniejszać jej zużycie o co najmniej 1 procent rocznie. Będzie się to sprawdzać po ilości sprzedanego prądu, gazu i ciepłej wody do ogrzewania oraz mycia. I to sprzedawcy tych nośników będą musieli udowodnić, że ich zużycie spadło o jeden procent w skali roku. Jak? Skupując właśnie owe białe certyfikaty, przyznawane tym wszystkim, którzy zmniejszyli zużycie energii – na przykład fabrykom. Jeśli sprzedawcy energii nie skupią wystarczającej liczby białych certyfiktów, zapłacą kary. Będzie więc im zależeć, żeby przekonać swych klientów do oszczędzania energii.
Kolejnym mechanizmem przewidzianym w omawianej ustawie mają być tzw. dobrowolne zobowiązania dla przemysłu. Te fabryki, które same zobligują się do mniejszego zużycia prądu czy gazu dostaną dodatkowe białe certyfikaty i będą mogły je spieniężyć.
Nowe przepisy wprowadzą też obowiązek zamieszczania na opakowaniach urządzeń informacji o ilości energii zużywanej do ich wyprodukowania (przy sprzedaży przez internet takie dane będzie musiała zawierać oferta).
Państwowe urzędy będą musiały dawać przykład i ocieplać swe siedziby, kupować tylko energooszczędny sprzęt i szkolić w tej materii swych pracowników. Niewykluczone też (jeszcze nie wiadomo, czy znajdzie się to w ustawie), że powstanie specjalny fundusz zasilany z budżetu, z którego będzie można dostać dotację np. na wymianę ulicznego oświetlenia na mniej „prądożercze”, a producenci sprzętów energooszczędnych dostaną ulgi podatkowe. Z tym mogą być jednak kłopoty, biorąc pod uwagę, że dotychczasowe rządy podchodziły do tej kwestii jak pies do jeża. Podobnie zresztą jak wszyscy Polacy.

Szkodliwe lobby

W wielu fabrykach i domach, szczególnie tych budowanych przed 1989 r., wciąż marnuje się gigantyczne ilości energii (w przemyśle moglibyśmy zużywać jej o co najmniej połowę mniej, a w mieszkaniach – o 1/3). Jednak rząd nie zawracałby sobie tym głowy, gdyby nie fakt, że zmuszają nas do tego regulacje unijne, a dokładnie dwie dyrektywy UE. Pierwsza z 2006 r. w sprawie efektywności końcowego wykorzystania energii i usług energetycznych, nakładająca na kraje członkowskie UE obowiązek zmniejszenia jej zużycia o 9 proc. do 2016 roku. I druga, z 2002 r., o jakości energetycznej budynków, mająca przyczynić się do zmniejszenia przez nie zużycia energii aż o 27 proc. (bo takie w UE są możliwości). Tę ostatnią, na której Komisji Europejskiej bardzo zależało (bo na budynki – ich ogrzanie, ciepłą wodę w kranach, klimatyzację itd. idzie 40 proc. całej zużywanej energii w UE), mieliśmy wdrożyć do stycznia 2006 roku. Wdrożyliśmy z przeszło półtorarocznym opóźnieniem i chyba tylko dlatego, że Komisja Europejska ostrzegała przed skierowaniem sprawy do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, co mogłoby skończyć się dla naszego kraju dotkliwymi karami finansowymi.
Znowelizowaliśmy więc we wrześniu prawo budowlane, które wprowadziło świadectwa energetyczne dla budynków (będą musieli je uzyskiwać wszyscy, którzy sprzedają, wynajmują budynek, albo wznoszą nowy, robią generalny remont). Ale wprowadziliśmy też obowiązkowe, okresowe przeglądy techniczne instalacji i kotłów grzewczych oraz klimatyzatorów (o mocy powyżej 12 kW).
- Choć to krok naprzód, owa nowelizacja jest, niestety, w dużej mierze bublem – mówi Dariusz Koc, ekspert Krajowej Agencji Poszanowania Energii (KAPE). – Ponieważ nowelizacja była robiona na kolanie, zbyt prędko i do tego pod dyktando lobby inżynierów budowlanych, którzy na robienie świadectw energetycznych chcieli mieć monopol. I dlatego – w myśl nowych przepisów – będą mogli je wydawać tylko projektanci budowlani, choć zdecydowana większość z nich nie ma o tym bladego pojęcia. W przeciwieństwie do grupy kilkuset polskich zawodowych audytorów energetycznych, z których wielu nie będzie miało prawa wypisywać tych świadectw, bo nie posiada uprawnień budowlanych.
Koc zwraca też uwagę, że dla nowo budowanych gmachów to sami ich projektanci będą wydawać paszporty energetyczne. Co jest totalnym nieporozumieniem, bo to tak, jakby być sędzią we własnej sprawie. Każdy deweloper chce wybudować jak najtaniej, a oszczędza najbardziej na izolacji (bo jej nie widać). I zapewne budynki okażą się energooszczędne tylko na papierze. Już teraz straty energii w nowych gmachach są znacznie większe od tego, co było w założeniach projektowych. Większość nowo budowanych bloków w Polsce jest pod tym względem fuszerką, choć wydaje się, że są dość ciepłe i szczelne. Badania termowizyjne (kamery na podczerwień), wykonywane przez KAPE, wskazują, że często to tylko pozory.
Najgorsze jest jednak to, że nie wykonaliśmy jednego z najważniejszych zaleceń dyrektywy o jakości energetycznej budynków, które wskazywało, żeby zaostrzyć normy dotyczące tzw. wskaźnika przenikalności cieplnej ścian. Innymi słowy tego, jak grube powinny być mury, z jakich materiałów zbudowane i ile może przez nie uciekać ciepła. W Polsce owe normy są bardzo liberalne, nasz wskaźnik przenikalności cieplnej ścian wynosi pół wata na metr kwadratowy, a w krajach starej UE dwa i pół raz mniej. To dlatego w naszym kraju buduje się niespotykane już w zachodniej Europie domy z jednej warstwy cegieł (Porotherm) czy bloczków Ytong, przez które ciepło ucieka jak przez sito. Dlaczego tych norm nie zaostrzyliśmy? To najprawdopodobniej efekt lobbingu producentów materiałów do budowy ścian jednowarstwowych.

Japoński kryzys

Ale dość narzekania. Przyszłość i tak rysuje się optymistycznie, bo nawet jeśli do oszczędzania energii nie skłonią nas przepisy, to i tak prędzej czy później będziemy do tego zmuszeni. Z prostego powodu. Już o tym wspominaliśmy – ceny prądu, gazu, węgla, ropy w Polsce i na świecie rosną i będą rosnąć. Z jednej strony dlatego, że szybko wzrasta na nie popyt (głównie za sprawą Chin i Indii), co pociąga za sobą pełzający kryzys energetyczny. Z drugiej, polskie elektrownie są tak wyeksploatowane, że już trzeba je modernizować albo budować zupełnie nowe, a na to potrzeba dziesiątków miliardów złotych. Banki je pożyczą, ale – żeby je oddać – trzeba będzie podnieść cenę energii elektrycznej. I to nawet o 20-30 procent. Do tego elektrownie będą musiały zmniejszać z powodu przepisów unijnych emisję toksycznych gazów (dwutlenku siarki i tlenków azotu), a za sprawę protokołu z Kioto – dwutlenku węgla. To też pochłonie mnóstwo pieniędzy, a koszty zostaną przerzucone na klientów.
Czeka nas to, co spotkało w latach 70. Japonię. Cena ropy wzrosła wówczas kilkakrotnie, co bardzo mocno uderzyło i w przemysł tego kraju, ale i w zwykłych Japończyków, na ogół ogrzewających domy, produkowanym właśnie z tego surowca olejem opałowym. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni dopiero wtedy uświadomili sobie, jak potwornie uzależnili się od importu ropy (zaspokajała ona 80 proc. potrzeb energetycznych tego państwa) i innych surowców energetycznych. Bo własnych prawie nie mieli. Wymyślili więc, że najlepszym ratunkiem będzie po prostu oszczędzanie energii.
Japończycy już wcześniej starali się oszczędzać inne surowce, których też nie posiadali. W 1979 r. uchwalili pierwsze ustawy, mające nakłaniać firmy do mniejszej konsumpcji prądu, gazu czy ropy. Energochłonne fabryki musiały zatrudnić tzw. energetycznego menedżera, przesyłać odpowiednim ministerstwom plany oszczędzania energii i okresowe raporty, jak się z tych planów wywiązują (maruderom groziły kary). Podobne obowiązki nałożono na właścicieli dużych budynków (powyżej 2 tys. mkw.), których objęły też normy zużycia energii. Potem podobnych regulacji ciągle przybywało. Rząd organizował społeczne kampanie poświęcone tej tematyce, wprowadził nawet miesiąc i dzień oszczędzania energii. Firmom fundował audyty energetyczne, dotował inwestycje, mające zmniejszyć zużycie prądu czy ropy.
- Japończycy zaczęli nawet organizować konkurs, za pośrednictwem słynnego japońskiego Ministerstwa Gospodarki, Handlu i Przemysłu, na najbardziej energooszczędne przedsięwzięcia – opowiada Jerzy Tumiłowicz, specjalista Polsko-Japońskiego Centrum Efektywności Energetycznej. – Startowały w nim najbardziej renomowane koncerny z kraju: Toyota, Honda czy Sony. Dla japońskich firm oszczędzanie energii stało się dowodem patriotyzmu i źródłem prestiżu.

Energetyczni skąpcy

W 1997 r. pojawił się nowy impuls. To wtedy wiele krajów podpisało protokół z Kioto, którego Japonia była jednym z głównych inicjatorów. Sygnujące go państwa, w ramach walki z globalnym ociepleniem, zobowiązały się do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Jednym z najlepszych na to patentów jest po prostu niższe zużycie energii. Japoński rząd zaproponował więc kolejne zachęty, które miały uczynić mieszkańców tego kraju „energetycznymi skąpcami”. Przeznaczył ponad miliard dolarów na dotacje dla tych, którzy zainstalują na dachach swych domów kolektory słoneczne. Skorzystały z nich dziesiątki tysięcy Japończyków. Premier Junichiro Koizumi rzucił hasło, żeby w najgorętsze dni przychodzić do pracy bez marynarki i bez krawata i dzięki temu zmniejszyć zużycie prądu przez klimatyzację. Wielu Japończykom się to spodobało i zaczęli stosować ten zwyczaj. W końcu już wcześniej oszczędzali na rachunkach za energię, obniżając zimą temperaturę w swych domach i mieszkaniach (nocą nawet do 10 stopni Celsjusza).
Efekty takiej polityki przeszły najśmielsze oczekiwania. Mimo, że produkcja w Japonii od 1973 roku zwiększyła się trzykrotnie, to zużycie energii w przemyśle pozostało prawie na tym samym poziomie (na początku lat 70. udział fabryk w konsumpcji prądu i paliw w Japonii sięgał 65 proc., dziś spadł do 44 proc.) . Jak grzyby po deszczu wyrastały tzw. ESCOs, czyli energy service companies, które podpowiadały przedsiębiorcom, jak zmniejszyć rachunki za prąd czy gaz (okazało się, że w przeciętnej fabryce można było je ściąć bez żadnych kosztów o 10 proc., np. zmniejszając ciśnienie w rurach przesyłających sprężone powietrze), pomagały też zdobyć pieniądze na potrzebne w tym celu inwestycje i zawiadywały całym projektem. Ich wynagrodzenie zależało od uzyskanych oszczędności.
Średnie zużycie paliwa w japońskich autach na kilometr spadło tylko w latach 90. o 13 proc. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, jeśli wziąć po uwagę, że Japończycy stali się też światowymi liderami w produkcji najbardziej energooszczędnych urządzeń. A to dlatego, że rząd zaczął narzucać wytwórcom i importerom – w ramach programu Top Runner – coraz bardziej wyśrubowane normy zużycia energii dla wybranych produktów (m.in. aut, telewizorów i klimatyzatorów), sprzedawanych w Japonii. Polegało to na tym, że każdy nowo wprowadzany produkt musiał zużywać mniej prądu czy paliwa od tych już obecnych na rynku. Producenci i sprzedawcy musieli też informować klientów, jak zaoszczędzić na energii. Podobnie jak handlujące nią firmy.
Polski rząd – w ramach Krajowego Planu Działań na rzecz Efektywności Energetycznej (opracowanego po to, żeby wywiązać się z narzuconych nam przez UE obowiązków) – chce wzorować się na Japonii i przyjąć podobne rozwiązania. Ale na razie głośno o tym nie mówi. Boi się społecznego oporu, czy tak naprawdę mu na tym nie zależy?

Mariusz Krzemiński

Komentarze

Chcesz skomentować?





Anti-Spam Protection by WP-SpamFree

Bottom